Czerwiec - lipiec - sierpień 2020 r.
Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci; Animacja i edukacja kulturalna
 

"Polesie Zachodnie - Wilno - Wojna - Elbląg - Nowa Huta - inż. arch. Bolesław Tatarynowicz (1902-1981)"

Projekt wzbogaca współczesne badania nad tożsamością dziedzictwa Kresów i Nowej Huty, która choć liczy zaledwie 70 lat, należy do najbardziej wyrazistych i bogatych semantycznie przestrzeni Krakowa. Jej pierwszą tkanką społeczną, byli obywatele dawnych Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej, którzy wnieśli w nią swoją wiedzę, doświadczenie i osiągnięcia. Projekt ten, polegający na wydobyciu materiałów z dostępnych źródeł, w szczególności z archiwów państwowych i prywatnych z okresu II RP i PRL dotyczących inż. arch. Bolesława Tatarynowicza, przeprowadzeniu badań, następnie digitalizacji dok. i ich upowszechnianiu, oprócz wartości edukacyjnej posiada walory w postaci uporządkowania rozproszonego dziedzictwa kulturowego. 

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci

 

Rozdział 1. Dzieciństwo, młodość - Polesie Zachodnie w II RP - (więcej)

Rozdział 2. Wojna polsko - bolszewicka, edukacja i praca zawodowa - Wilno i okolice  - (więcej)

Rozdział 3. Okupacja sowiecka i niemiecka, repatriacja do Polski (więcej)

Rozdział 4. Budowniczy i nauczyciel - Elbląg (więcej)

Rozdział 4a. Budowa Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina w Warszawie (więcej)

Rozdział 5. Praca zawodowa i pasje - Nowa Huta (więcej)

 

Imieniny albo ostatni dzień pracy. Inżynier arch. Bolesław Tatarynowicz otoczony pracownikami i pracownicami w Przedsiębiorstwie Budownictwa Mieszkaniowego Nowa Huta (Os. Teatralne nr 9 – obecnie ZUS), gdzie pracował w charakterze starszego inżyniera od 3.12.1954 r. do 31.I.1968 r. Może uda się ustalić kto jest na fotografii dzięki publikacji na grupie Nowohucianie?

 

XIII Międzynarodowy Dzień Archiwów (9 czerwca br. ) świętuję publikacją pierwszego rozdziału z projektu "Polesie Zachodnie - Wilno - Wojna - Elbląg - Nowa Huta - inż. arch. Bolesław Tatarynowicz (1902-1981)". Materiały do publikacji zebrałem dzięki życzliwości pracowników i pracownic archiwów w Polsce i na Litwie. Archiwa Państwowe, Archiwum Narodowe w Krakowie, Archiwum Państwowe w Warszawie, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Wojskowe Biuro Historyczne, Politechnika Gdańska, Lietuvos centrinis valstybės archyvas - Lithuanian central state archives.

Zapraszam do pasjonującej lektury. 

 

 

Rozdział 1. Dzieciństwo, młodość - Polesie Zachodnie w II RP 

Z panem Andrzejem Bejgerem mieszkamy na tym samym osiedlu, więc znamy się od zawsze. To, on przygotowuje skład „Głosu – Tygodnika Nowohuckiego”, najdłużej wychodzącej gazety związanej z Nową Hutą. Podczas jednej z pogawędek dowiedziałem się, że jego teść zachował w swojej pamięci wspomnienia o inżynierze Tatarynowiczu, z którym choć nie pracował biurko w biurko, znali się z przelotnych kontaktów służbowych. Jan Łukomski po dwóch latach w lipcu 2019 r. mieszkając w Małym Leźnie przesłał króciutkie wspomnienia – ubrał je w kilka obrazów, które zaczynają się tak: „Mój Panie Bolesławie. Co ja mam z panem. Właściwie to nie z Panem, a z pamięcią o panu. Fragmenty pamięci przypominają mi Pana postać w różnych obrazach z pracy w Krakowskim Kombinacie Budownictwa Mieszkaniowego. Nigdy nie pracowaliśmy razem. Od takie spotkania młodego człowieka ze starszym ode mnie panem inżynierem. Z tych wspomnień jawi mi się osoba mądra, z bogatym doświadczeniem życiowym i przyjazna ludziom. W mojej pamięci zapisały się obrazy nieuporządkowane, ale zawsze pokazujące Pana charakter” i dalej czytamy: „Obraz pierwszy. Starszy pan opowiada grupie młodych inżynierów o pięknie polskiego Polesia. Mówi o kanonierkach i o marynarzach patrolujących wody, bagna i błota polskiego pogranicza. W tym opowiadaniu słychać śpiew ptaków, chlupot wody podrywających się do lotu łabędzi, dzikich kaczek i innego wodnego ptactwa. Słychać też zaśpiew mowy ludzi tam żyjących. Gromadka młodych słucha tej cudownej opowieści z otwartymi gębami. O tym co tak pięknie też opisał J.I. Kraszewski. Jak żyją Poleszuki, jak na zimowy czas pakują wiłuny (piskorze) do beczek. Przechodzi do grzybów. Takie piękne prawdziwki, maślaki, kozaki itd. Jedne do suszenia drugie do smażenia. Ślinka się zbiera słuchającym. A ja nie lubię grzybów, odezwał się jeden ze słuchaczy. I tu opowiadacz przerwał – no co ty? Zakrztusił się jak traktor ursus przy zapalaniu silnika. No, no idiota! Grzybów nie lubi! A to ci dopiero! Nikt do pana Bolesława nie miał pretensji, nawet ten, co nie lubi grzybów, bo pan Bolesław pięknie opowiadał".

 
 
 
Nieznany Kraj
Zajmując się inżynierem Tatarynowiczem postanowiłem sięgnąć do najważniejszego opracowania poświęconego Polesiu – Cuda Polski To oparta na wzorach francuskich seria Wydawnictwa Polskiego Rudolfa Wegnera wydawana w latach 1928-1939. Okazała się wielkim sukcesem edytorskim dwudziestolecia międzywojennego i choć w PRL była usuwana z bibliotek, powróciła po roku 1989 w postaci reprintów. Reprint tomu „Polesie” z 1934 r. Wydawnictwa LTW – Łomianki udało mi zakupić w księgarni internetowej. Ossendowski o Polesiu pisze: „W środku Europy, w dwudziestym wieku – tak bardzo dziwny, egzotyczny kraj! Uczeni, badacze i chciwi poznania naszej planety podróżnicy przeniknęli wszędzie niemal. Himalaje i ponura równina tysiąca dymów; odgrodzony od świata, tajemniczy Tybet; dżungla nad Amazonką i Nigrem; mroźna pustynia pobrzeża północnego oceanu Lodowatego i Antarktyda; Nowa Gwinea i rozrzucone na południowym Pacyfiku pojedyncze lub zgrupowane wyspy, - wszędzie dotarł już zwalczający wszystko biały człowiek, zbadał i opisał szczegółowo. I rzecz dziwna – we własnej siedzibie jego pozostał kraj mało znany, pod wielu względami zagadkowy, trudno dostępny i w znacznej swej części – prawie niezaludniony! Jest to – Polesie. Pełna uroczych tajemnic kraina, opisana przez naszego poetę, Władysława Syrokomlę:
 
          Nieprzemierzone okiem trzęsawisk obszary,
          Snują  mi się niekiedy, jakby senne mary,
          Lasy ciemne i gęste, jak gdyby jaskinie;
          Rzeka, co między łozą, a sitowiem płynie;
          Uprzykrzonych owadów drużyna skrzydlata
          I zielony motylek, co na wodą lata;
          I ta cisza powietrzna, rzadko przerywana
         Ostrym krzykiem żurawia, klekotem bociana,
         Albo pluskaniem czółna po spokojnej fali,
         Kiedy rybak z więcierzem przemknie się w oddali.
         Tajemny jakiś urok mych oczach obwiewa.
         Żółte Polesia piaski i ponure drzewa,
         Czarne, podarte chatki na piasku lub mszarze,
         Słomą kryte cerkiewki i wiejskie cmentarze,
         Ozdobione jedliną lub sosna pochyłą,
         Gdzie sterczy mała chatka nad każdą mogiłą.
 

I dalej w swojej książce Ferdynand Antoni Ossendowski pisarz, myśliciel – futurolog, dziennikarz, podróżnik, doktor nauk chemicznych, członek Akademii Francuskiej podaje: „Sama nazwa Polesia wzbudza spory. Jedni twierdzą, że oznacza ona kraj lasów, drudzy – połać bagienno-leśną, za pasmem prawdziwych borów się rozpościerającą; inni znów dowodzą, iż nazwę tę nadano ziemi, gdy człowiek w walce o byt wytrzebił wysokopienne olbrzymy niedostępnych, błotnistych puszcz i na „po-lesiu” się sadził. Toczy się jednocześnie spór o ścisłe określenie geograficznych granic Polesia, wchodzącego w skład Rzeczypospolitej Polskiej i Rosji Sowieckiej. Podobna też rozbieżność poglądów istnieje co do etnograficznych i językowych odrębności Polesia, a wszystko razem urok tajemniczości tego kraju, pomiędzy Polską niegdyś Litwą i Rusią zaczajonego. Wschodni odcinek polskiej krainy Wielkich Dolin nigdy prawie nie miał ściśle wytkniętych granic państwowych, chociaż geograficznie granice te sama natura wyrzeźbiła dość wyraźnie. Kotlina poleska zniża się ku wschodowi, w stronę Dniepru, odcinając się od pozostałej części krainy Wielkich Dolin, czyli pochyłej ku zachodowi Brózdy Środkowej, - nieznacznem wzniesieniem Podlaskiem, na północy odgradzając się od pojezierza Litewskiego i pogórza Mińskiego granicami swych błot i odmiennych gleb, na południu zaś – pasmem moren czołowych i progiem płyty czarnomorskiej, gdzie niegdyś zatrzymał się lodowiec…”.

W Wojskowym Biurze Historycznym im. gen. broni Kazimierza Sosnkowskiego w Rembertowie w lutym 2020 r. dotarłem do akt personalnych (sygnatura AP 1025) Bolesława Tatarynowicza i wypisu metrycznego z oryginalnej księgi o urodzonych w Nowo-Myszskiej Rzymsko-Katolickiej parafii, który został przetłumaczony z j. rosyjskiego. Czytamy tam: „Repertorium nr 959. Działo się w Wilnie dnia dwudziestego czwartego kwietnia tysiąc dziewięćset trzydziestego roku. Ja niżej podpisany Stefan Mokrzecki Notariusz przy Wydziale Hipotecznym Sądu Okręgowego w Wilnie, urzędujący w Wilnie, w gmachu Sądów, zaświadczam zgodność niniejszego przekładu z rosyjskiego, z oryginałem, okazanym mi w j. rosyjskim przez p. Bolesława Tatarynowicza, zam. w Wilnie przy ul. Piłsudskiego pod nr. 31., w którym żadnych poprawek, zakreśleń, podskrobań i dopisań nie było. Siódmego lipca tysiąc dziewięćset drugiego roku w Nowo-Myszskim Rzymsko Katolickim Parafialnym Kościele przez proboszcza tego kościoła Ks. Ant. Ranicza ochrzczono niemowlę imieniem Bolesław z dokonaniem wszystkich obrządków św. Sakramentu. Syn ślubnych małżonków, włościan Niedźwiedzickiej gminy, powiatu Słuckiego, [Guberni mińskiej] - Bronisława i Filomeny z Surmów Tatarynowiczów, urodzony dwudziestego szóstego czerwca roku bieżącego w Hancewiczach tutejszej parafii. Rodzicami chrzestnymi byli: Józef Radzikiewicz i Emilia Surma. 

Nowa Mysz http://www.kami.net.pl/kresy/
 
 
Wojskowy Instytut Geograficzny Warszawa 1938 r. http://igrek.amzp.pl/result.php?cmd=id&god=P37_S43_G&cat=wig25
 
Zacząłem szukać informacji w Internecie na temat miasteczka Hancewicze i prawie niczego nie mogłem znaleźć. Wyjątkiem były wspomnienia Jana Stanisława Tumiłowicza opublikowane na stronie Echa Polesia (cały tekst http://polesie.org/2484/hancewicze/), w których pisze tak: „Moje miasto rodzinne liczyło w latach 30-tych XX wieku około 2,0 tys. mieszkańców, położone między Baranowiczami i Łunińcem. Od strony wschodniej płynęła rzeka Nacza, zaś wokół miasteczka znajdowały się lasy, bagna, moczary i rozlewiska. Tu można było spotkać drzewa 200-letnie. Miasteczko połączone było z Baranowiczami koleją i drogą bitą. Odległość do granicy z ZSRS wynosiła 20 km. Z początkiem lat 30-tych Hancewicze zostały podpalone, spłonęły niemal wszystkie zabudowania włącznie z naszym domem. Miasto odbudowano do 1939 roku, a głównym materiałem budowlanym było drewno; nic też dziwnego, że miejscowy tartak nie nadążał z jego przerobem. W latach 20-tych wybudowano hutę szkła kolorowego, która jednak upadła w 1927 r. Powstało wiele sklepów różnych branż, zakłady przetwórstwa i drobnego rzemiosła. Wybudowano szkołę, kościół, synagogę, aptekę. Mieszkali tutaj w zgodzie różne narodowości: Polacy, Białorusini, Żydzi, Litwini, Ukraińcy, Rosjanie, Tatarzy, Cyganie i inni. Nie było pośród nich barier językowych, gdyż każda rodzina posługiwała się kilkoma językami.
 

Procesja na Boże Ciało. Hancewicze 1938 r. (po lewej J. S. Tumiłowicz). Zdjęcie wykonał: Aleksander Tumiłowicz.

Niewielkie gospodarstwa przydomowe zapewniały pewną niezależność. Wielu mieszkańców pracowało też na posadach państwowych. Materiałem grzewczym było drewno. Wewnątrz nowo postawionych domów montowano duże piece kaflowe. W kuchniach na całej powierzchni kładziono grubą metalową płytę z otworami na garnki i regulowanymi fajerkami. Nagrzewała ona mieszkanie, a oprócz garnków stawiano dodatkowo duże żeliwne sagany, grzejąc wodę potrzebną do kąpieli, zmywania naczyń i podłóg. Czasem na tej płycie podpiekano podpłomyki. Duży piec chlebowy, używany co 4-5 dzień do wypieku pieczywa, także dawał ciepło. Tym sposobem w najsroższe zimy, przy uszczelnieniu niewielkich okien w pomieszczeniach było ciepło. Mój ojciec był leśniczym, więc podłogi zostały pokryte skórami jelenimi i innych zwierząt.
Hancewicze były zelektryfikowane, jednak w tych czasach radio stanowiło rzadkość, a nadjeżdżający samochód wywoływał sensację. Czasami słyszeliśmy turkot jadących furmanek, które miały koła na żelaznych obręczach. Po ścieżkach, drogach polnych i międzybagiennych poruszano się rowerami. Mieszkaliśmy właściwie na terenie dawnej puszczy i prawie niezniszczonego środowiska przyrodniczego, do którego wszyscy mieszkańcy miasta odnosili się z pietyzmem. Za punkt honoru uważano posiadanie dobrze prowadzonego ogrodu pełnego kwiatów, sadu na potrzeby własne i łączki do rodzinnego wypoczynku. Rankiem budził mnie dosłownie chór ptaków, świeże powietrze o zapachu kwiatów, a w cieplejsze dni oglądałem płynące w powietrzu roje kolorowych motyli, które chwytałem w ogrodzie, poznawałem i uwalniałem. Hancewicze szybko się rozbudowywały, coraz więcej młodzieży kończyło szkoły średnie i wyjeżdżało na studia do Wilna oraz Lwowa” [...]
Sporo zdjęć z życia codziennego oraz dokumentujących ważne wydarzenia w Hancewiczach z pocz. XX w. wyśledziłem ze strony radzima.org. Jest to strona poświęcona zabytkom historii, kultury i architektury Białorusi: https://radzima.org/pl/miasto/hancewicze.html
 

Na próżno jednak szukać zdjęć małego Bolka biegającego po Hancewiczach i okolicy. Takie nie zachowały się a może nigdy nie powstały. Tego nie wiem. Na szczęście jest dostępny na stronie: http://polesie.org/wp-content/uploads/2016/03/Luiza_Boyd-Albom.pdf pokaźny album ze zdjęciami Louise Arner Boyd słynnej geografki, jednej z najbogatszych Amerykanek. Zdobywczyni Arktyki i Grenlandii, pierwsza kobieta, która przeleciała nad biegunem Północnym w latach 30-ch XX wieku odkryła światu Polesie. Dzięki niej Nowy Świat i Zachodnia Europa zobaczyły krainę bezkresnych bagien i rzek w całej jej różnorodności, samoistności i oryginalności. Amerykańska podróżniczka jest znana daleko po za granicami Stanów Zjednoczonych Ameryki, wchodzi do pierwszej dziesiątki wybitnych odkrywców świata. Jak do tego doszło, że Louise Arner Boyd przybyła do Polski? Otóż w dniach 21-31 sierpnia 1934 r. odbył się w Warszawie XIV Kongres Międzynarodowej Unii Geograficznej - był pierwszym, jaki Unia zorganizowała w kraju słowiańskim. W Kongresie uczestniczyły 693 osoby z 44 krajów. Z Polski wzięło udział około 360 osób. Zorganizowano 12 wycieczek o charakterze regionalnym i problemowym. Imprezie towarzyszyły wystawy kartograficzne. W latach 1935-1938 opublikowano 4 tomy Comptes Rendus du Congrès International de Géographie, zawierające referaty prezentowane podczas Kongresu. Za zorganizowaniem kongresu stał Eugeniusz Romer (1871-1954) wybitny polski geograf, kartograf i nauczyciel, wychowawca kadry znakomitych geografów, a także wielki patriota zaangażowany w dzieło odrodzenia państwa polskiego po latach niewoli.

Eugeniusz Romer Geograf i Kartograf Trzech Epok - Biblioteka Narodowa, Warszawa 2004 r. 

Jedną z uczestniczek była amerykańska podróżniczka. Jesienią 1934 roku ekspedycja badaczki dotarła na Polesie Pińskie. W mieście nad Piną ona zatrzymała się w hotelu «Angielski», gdzie i rozlokował się sztab podróżników. Towarzyszyli jej polscy geografowie Stanisław Gorzuchowski i Wanda Rewieńska. Lądem ekspedycja poruszała się własnym samochodem «Packard» z osobistym kierowcą Percy R.Cameronem, a wodą — przy wsparciu Pińskiej Flotylli Rzecznej Marynarki Wojennej. Wynikiem wyprawy legendarnej Amerykanki na Polesie było wykonanie ponad siedmiuset zdjęć, które w późniejszym okresie wielokrotnie publikowano w czasopismach, albumach fotograficznych, eksponowano na wystawach, ale jednak, po kolei o wszystkim. Plon jej fotograficznej wyprawy liczy tysiące zdjęć, część otrzymała biblioteka University of Wisconsin-Milwaukee, która w wirtualnym archiwum prezentuje dzieła Louise Arner Boyd. 

Oto kilka zdjęć z albumu „Szlakiem Louise Arner Boyd w 80. rocznicę wyprawy legendarnej Amerykanki”:

Moja praca nad opracowaniem biogramu Bolesława Tatarynowicza często meandrowała, tak było wtedy, kiedy któregoś marcowego dnia w Internecie natrafiłem na takie ogłoszenie: Nazywam się kl. Jerzy Bondar, obecnie piszę prace magisterską o Hancewiczach i okolice, obecnie to Brzeski obwód. Możliwie ktoś został z tych terenów przesiedleni do Wrocławia. Poszukuje dokumentów, zdjęć co dotyczą Hancewicz i okolic, może są jakieś wspomnienia. Poszukuje kontaktu z tymi ludźmi lub z ich rodzinami. Historia przedwojenna Hancewicz odnośnie dokumentów czy zdjęć jest bardzo biedna, jak również i powojenna […]. Dziękuję z góry.

Po minucie już miałem gotowego mejla i liczyłem na szybkie nawiązanie kontaktu. Niestety coś poszło nie tak, bo moja wiadomość wróciła z informacją: brak adresata. Napisałem więc do redakcji studiowschod.pl a ponieważ byłem zniecierpliwiony „przefiltrowałem” po raz setny Internet zawężając wyszukiwanie do słów kluczowych: ”praca magisterska, Hancewicze”. Tym tropem na stronie Wyższego Seminarium Duchownego Księży Orionistów, Prowincji Polskiej https://seminarium.orione.pl/pl/obrona-pracy-magisterskiej/ przeczytałem, że „25 lutego 2016 r. kl. Yury Bondar FDP obronił swoją pracę magisterską na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Pisał on pracę z Historii Kościoła na temat “Powstanie i dzieje parafii Hancewicze w latach 1903-2013” pod kierunkiem ks. dr Tomasza Skibińskiego SAC. W ten sposób kl. Yury zakończył studia teologiczne z tytułem magistra teologii. W imieniu całej wspólnoty seminaryjnej składamy serdeczne gratulacje!”. Bez najmniejszej chwili wahania, napisałem do Orionistów z prośbą o wyrażenie zgody na zapoznanie się z pracą magisterską pt. "Powstanie i dzieje parafii Hancewicze w latach 1903-2013" autor kl. Yury Bondar FDP. Pandemia ostudziła mój entuzjazm. Dopiero po osiemnastu dniach otrzymałem informację zwrotną od Rektora ks. dr Tomasza K. Wiśniewskiego FDP wraz z aktualnym adresem mejlowym do autora poszukiwanej przeze mnie pracy: „Szczęść Boże, przepraszam, że odpisuję na maila dopiero teraz, ale oprócz funkcji rektora naszego zakonnego Seminarium jestem również dyrektorem placówek, jakimi są: Zakład Opiekuńczo-Leczniczy oraz Schronisko dla bezdomnych w Łaźniewie k/Błonia i pochłonięty jestem w tym czasie kwestiami dotyczącymi bezpieczeństwa zdrowotnego moich podopiecznych oraz personelu placówek”. Jury Bondar wczuł się w temat, zrozumiał moją determinację i wyraził zgodę na wykorzystanie dowolnego fragmentu pracy. Wybrałem rozdział drugi opisujący historię powstania parafii.
 

Dlaczego postanowiłem w ogóle zająć się Bolesławem w 2020 r. i czynię pospieszne starania, by zdążyć z biogramem do sierpnia? Dokładnie 15.08.2020 r. będziemy uroczyście obchodzili 100. Rocznicę Bitwy Warszawskiej – jednym z tysięcy jej uczestników był wówczas nastoletni – Bolesław Tatarynowicz, ułan 211 Ochotniczego Pułku Ułanów Nadniemeńskich. Służył w okresie od 10.08.1920 r. do 23.06.1921 r., był bitny i został odznaczony Krzyżem Walecznych. Pomyślałem, że to będzie najlepsze uczczenie jego pamięci a dla Barbary Tatarynowicz, wnuczki Bolesława powód do nieukrywanej dumy. Basię udało mi się namówić do skompletowania tekstów, które dziadek pozostawił, być może z przeznaczeniem do opublikowania w prasie a może nawet w formie książki biograficznej. Któregoś dnia umówiliśmy się na sesję fotograficzną Basi i jej dwóch przemiłych piesków w Parku S. gen. pil. Skalskiego na osiedlu Dywizjonu 303. Po zdjęciach Basia przekazała mi  swój największy skarb – rękopisy i maszynopisy i powiedziała: Mam nadzieję, że spodobają Ci się te opowiadania, bo naprawdę są arcyciekawe i takie pełne  autentycznej szczerości w swoich w opisywanych  pasjach...

Rękopis odczytał i przepisał Jerzy Karnasiewicz

Wieś Borki, miasteczko Hancewicze http://www.kami.net.pl/kresy/

Edukacja, którą zaczął w Baranowiczach, została przerwana przez wybuch pierwszej wojny światowej, wraz z rodzicami został ewakuowany w głąb Rosji, do miasta Klinców w Guberni czernihowskiej, gdzie ukończył czteroklasową szkołę miejską i wstapił do Szkoły Technicznej. Hancewicze ponownie zobaczył w 1918 roku, po powrocie z rodzicami.
 
 
 
 
 
 
Rozdział 2. Wojna polsko - bolszewicka, edukacja i praca zawodowa - Wilno i okolice  
 

W lutym jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19 w Polsce zadzwoniłem do Wojskowego Biura Historycznego w Warszawie z ramach poszukiwań dokumentów z przebiegu „kariery” wojskowej Bolesława. Jedyną wówczas opcją sięgnięcia do nich był przyjazd i praca na miejscu. Wybuch pandemii zmienił tę sytuację. Mogłem poprosić o wykonanie czarno-białej kserokopii – każda kosztuje 2 zł i przesłanie do Krakowa. Warto było wykosztować się i poczekać dwa tygodnie. Wśród 26 otrzymanych dokumentów o sygnaturze AP 1025 jest podanie 28-letniego Bolesława z dnia 19 kwietnia 1930 roku do Pana Ministra Spraw Wojskowych w Warszawie. Zamieszkały przy ul. Piłsudskiego 31 m 5 w Wilnie, prosi o powołanie na ośmiotygodniowe wyszkolenie do jednej ze Szkół Podchorążych Rezerwy celem osiągnięcia warunków przemianowania na podporucznika Rezerwy. Wraz z podaniem jest Życiorys, Metryka urodzenia, Świadectwo szkolne, Świadectwo Moralności, Deklaracja, Zaświadczenie stwierdzające pobyt na froncie a także Zaświadczenie o kwalifikacjach moralnych wystawione przez oficera W.P. Wacława Stankiewicza. Czytam w nim: Niniejszym oświadczam, że znam osobiście pana Tatarynowicz Bolesława – rocz. 1902 i wiadomem mi jest, że prowadzi się on zawsze pod każdym względem wzorowo oraz całkiem odpowiada kwalifikacjom moralnym wymaganym od oficera W.P. z tych względów całkowicie zasługuje na mianowanie, podporucznikiem Rezerwy. Wilno dnia 19 kwietnia 1930 r. podpisał W. Stankiewicz ppor. Młodszy oficer szwadronu CKM 13 Pułku Ułanów Wileńskich. Wacława Stankiewicza odnajdę w przypisach artykułu Tomasza Bożerockiego „Początek dziejów 13. Pułku Ułanów Wileńskich” z 14.12.2018 opublikowanego na stronie Magazynu Wileńskiego. Cały artykuł dostępny jest tutaj: http://www.magwil.lt/material,poczatek-dziejow-13.-pulku-ulanow-wilenskich,485.html  Czy Witold Stankiewicz vel Witos we wspomnieniach Bolesława pt. „Macierzyństwo” to Wacław Stankiewicz z artykułu? Według mnie tak. Na dowód poniższy tekst jeden z kilkunastu rękopisów  przepisanych w ostatnich tygodniach. Rękopisy powstawały w latach 70 XX w. i obejmują wspomnienia z wędkowania, najpierw z wczesnego dzieciństwa z ojcem, potem z braćmi, następnie w okolicach Wilna i wreszcie nad Zalewem w Nowej Hucie, w Wiśle oraz po całej Polsce do czego służyła mu jego własna łódź motorowa.

Rękopis odczytał i przepisał Jerzy Karnasiewicz

Na przeszkolenie Bolesław udał się do Komendy Obozu Ćwiczeń „Grupa” pod Grudziądzem Szkoły Podoficerów Zawodowych Piechoty i tam odbył 8. tygodniowy skrócony kurs Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty od 6 lipca do 29 sierpnia 1931 roku. Na zdjęciach z archiwum wnuczki Barbary Tatarynowicz krzyżykiem zaznaczony jest Bolesław, który na odwrocie zdjęć opisał skrótowo miejsce akcji. 

Grupa pod Grudziądzem http://www.kami.net.pl/kresy/

Kurs podchorążych rezerwy O.C. Grupa 22.07.1931 r. – z prawej strony (x) Bolesław Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

 

Kurs podchorążych rezerwy O.C. Grupa 24.08.1931 r. II kompania przy obiedzie – przy garnku z zupą (x) Bolesław Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

 

Kurs podchorążych rezerwy O.C. Grupa 24.08.1931 r. II kompania przy obiedzie, skan Jerzy Karnasiewicz

 

Dalej w aktach wpisano, stopień podporucznika rezerwy – starszeństwo od 1.09.1931 r. Z listy Kwalifikacyjnej z 1935 roku czytam, że w formacji 5 Pułku Piechoty Legionów pełnił funkcję dowódcy plutonu c.k.m. Na Świadectwie z dnia 29 sierpnia 1931 r. została wpisana opinia o podchor. rez. Bolesławie Tatarynowiczu przez kpt. Gromadzkiego Dowódcy Kompanii Szkolnej i zatwierdzona przez majora Wielguta Komendanta szkoły: Dość energiczny, poczucie godności własnej i honoru duże. Charakter łagodny, zrównoważony, pogodny. Bardzo koleżeński, wybitnie obowiązkowy, pilny. Bardzo ruchliwy, na wysiłki marszowe wybitnie odporny, postawa i wymowa dobre, przeciętnie inteligentny, decyzje podejmuje powoli ale trafnie. Dodatni wpływ wywiera pogodnością i wielką odpornością na wysiłki. Nadaje się na dowódcę  plutonu. Oficerem rezerwy może być mianowany natychmiast.

Podporucznik Bolesław Tatarynowicz – pierwszy od lewej strony, pozostali NN, lata 30. XX w. Arch. Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

 

W życiorysie Bolesław napisał: W roku 1920 – 10 sierpnia w czasie najścia bolszewików wstąpiłem ochotniczo do W.P. formującego się wówczas 211 go Pułku Ułanów, do Szwadronu Karabinów Maszynowych w charakterze celowniczego K.M. w Warszawie. Po kilku dniach [Pobyt na froncie od 15.08.1920 – 1.03.1921 r. z wyciągu ewidencyjnego] od chwili wstąpienia, wyruszyłem wraz z pułkiem na front, od tej chwili nie opuszczałem swego oddziału, biorąc czynny udział w walkach z bolszewikami pod Górą, Mławą, Nowogródkiem, Starinowem, Nowosiołkami, Augustowem – i w walkach z wojskami Litwy Kowieńskiej pod Rykontami, Anglininami, Szklarami i Rudziszkami  –  Dowództwo pułku w uznaniu zasług nadało po raz pierwszy  „Krzyż Walecznych” mianując automatycznie na starszego ułana.

 

Zdjęcie ze strony https://www.skarbnicanarodowa.pl/zloto/zlote-medale/bitwa-warszawska-1920-au-999

 

Bolesław Tatarynowicz niezwykle ciekawie opisał swoje wojowanie w latach 1920-1921, opublikuję je w trzecim rozdziale, teraz wracam do akt:  W roku 1921 dnia 23 czerwca zostałem na własną prośbę bezterminowo urlopowany. Po zwolnieniu z wojska wstąpiłem do Referatu Rolnictwa, Starostwa Baranowieckiego w charakterze sekretarza. W roku 1922 – 10 września wstąpiłem do Wileńskiej Państwowej Szkoły Technicznej i po uczęszczaniu z przerwami ukończyłem w roku 1928 całkowity kurs szkoły składając egzaminy końcowe [informacja ze Świadectwa Tymczasowego: przyjęty na zasadzie Atestatu /świadectwa/ o ukończeniu Klińcewskiej /w Rosji/ wyższej szkoły powszechnej z dnia 14.04.1918 r. L.91 i egzaminu wstępnego na kurs pierwszy w dniu 10.09.1922 r.]

Po ukończeniu Szkoły Technicznej odbywałem praktykę w charakterze technika – budowniczego w Dyrekcji Robót Publicznych, Województwa Wileńskiego, następnie w Delegaturze Okręgowego Budownictwa Wojskowego w Wilnie w charakterze technika szarwarkowego i budowniczego na powiat Wileńsko -Trocki. 

W moich poszukiwaniach informacji o Bolesławie poszedłem więc tropem Państwowej Szkoły Technicznej w Wilnie i przestudiowałem Księgę dziesięciolecia Państwowej Szkoły Technicznej imienia Marszałka Józefa Piłsudskiego w Wilnie: 1922-1932 w Kujawsko-Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej. 

.https://kpbc.umk.pl/dlibra/docmetadata?id=29912&from=pubindex&dirids=4&lp=1655

Na portalu aukcyjnym nabyłem wydawnictwo „Państwowa Szkoła Techniczna w Wilnie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego”, Warszawa, Wydawnictwo Arkady, 1991 r. Do zakupu zachęciła mnie recenzja opracowana przez Ryszarda Jakubów:                                                    http://bazhum.muzhp.pl/media/files/Rozprawy_z_Dziejow_Oswiaty/Rozprawy_z_Dziejow_Oswiaty-r1992-t35/Rozprawy_z_Dziejow_Oswiaty-r1992-t35-s204-207/Rozprawy_z_Dziejow_Oswiaty-r1992-t35-s204-207.pdf

 

 

Znani sprawcy wspaniałego opracowania „Państwowa Szkoła Techniczna w Wilnie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego”, Warszawa, Wydawnictwo Arkady, 1991 r.  

Prace nad monografią trwały 8 lat, tyle zajęło pozyskiwanie od absolwentów dokumentów, zdjęć, wspomnień. Co ciekawe jednym z redaktorów był związany na krótko z Nową Hutą inż. Piotr Baranowski (1911-1990), który w latach 1949-1954 był kierownikiem działu produkcji, a następnie głównym inżynierem w Zjednoczeniu Przemysłowym Budowy Huty w Krakowie. W latach 1954 – 1955 współorganizator i przewodniczący Oddziału Polskiego Związku Inżynierów i Techników Budowlanych Kraków – Nowa Huta. W 1954 roku zorganizował Krajową Naradę Przodujących Kół Zakładowych PZITB w Nowej Hucie.

Krajowa Agencja Wydawnicza Oddział w Krakowie, 1978 r.

 

Z historii Państwowej Szkoły Technicznej w Wilnie wybrałem kilka fragmentów z opracowania Reginy Madej-Janiszek w „NIEPODLEGŁOŚĆ I PAMIĘĆ”  24/2 (58), 249-270:

 http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Niepodleglosc_i_Pamiec/Niepodleglosc_i_Pamiec-r2017-t24-n2_(58)/Niepodleglosc_i_Pamiec-r2017-t24-n2_(58)-s249-270/Niepodleglosc_i_Pamiec-r2017-t24-n2_(58)-s249-270.pdf

[…] Inicjatorem powołania PST był wileński oddział Stowarzyszenia Techników Polskich, który już w 1920 roku zgłosił projekt utworzenia placówki oświatowej kształcącej kadry fachowców potrzebnych do podniesienia z ruin zniszczonego podczas I wojny światowej miasta i jego okolic oraz stworzenia warunków do rozwoju przemysłu, by zachęcić Polaków do osiedlania się na Wileńszczyźnie. Trwająca wciąż na wschodnich terenach Polski wojna polsko-rosyjska i brak ustaleń w sprawie wschodnich granic państwa uniemożliwiały jednak podjęcie konkretnych decyzji w sprawach szkolnictwa zawodowego. Dopiero w czerwcu 1922 roku, podczas wizyty w Wilnie Naczelnika Józefa Piłsudskiego oraz Prezesa Rady Ministrów i Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego (dalej MWRiOP) prof. Antoniego Ponikowskiego inicjatorzy wręczyli gościom memoriał w sprawie organizacji średniej szkoły technicznej w Wilnie. W ślad za tym już w lecie 1922 roku MWRiOP, po akceptacji projektu planu nauczania opracowanego przez Stowarzyszenie Techników Polskich, wydało dekret o otwarciu szkoły w roku 1922/1923. Kierownictwo nowej placówki oświatowej powierzono początkowo Kazimierzowi Łaszkiewiczowi, a w listopadzie 1922 roku powołano inż. arch. Zdzisława Charmańskiego na pierwszego jej dyrektora. Organizacja szkoły oparta została na doświadczeniach m.in. Państwowej Szkoły Budowy Maszyn i Elektrotechniki im. H. Wawelberga i S. Rotwanda w Warszawie, która kształciła techników najwyższej klasy. Cel nauczania w PST określany był osobno dla każdego z wydziałów zgodnie z profilem zawodowym.  

Lokalizacje (1,2,3) PST w Wilnie, mapka z wydawnictwa „Państwowa Szkoła Techniczna w Wilnie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego”. Warszawa: Wydawnictwo „Arkady”, 1991 r. 

PST była średnią szkołą zawodową, kształcącą młodzież na trzech poziomach: (3, 4, 5-letnim), na kilku sukcesywnie powoływanych i reorganizowanych wydziałach: budowlanym, drogowo-wodnym, kolejowym, mechaniczno-elektrycznym, mechaniczno-przemysłowym, chemicznym, melioracyjnym i mierniczym. W pierwszych latach jej działalności kandydat do szkoły musiał przedstawić jedno ze świadectw: ukończenia co najmniej siedmiu oddziałów szkoły powszechnej, trzech, później czterech klas szkoły państwowej (ew. z uprawnieniami państwowymi) lub ukończenia szkoły rzemieślniczo-przemysłowej oraz złożyć konkursowy egzamin wstępny z języka polskiego, matematyki i rysunków, a także poddać się badaniom psychotechnicznym. Nauka odbywała się na dwóch poziomach: czteroletnim lub trzyletnim (stopnia licealnego). Do 1936 roku świadectwo ukończenia średniej szkoły technicznej nie uprawniało do wstąpienia na wyższe studia politechniczne, aby kontynuować naukę na wyższym poziomie absolwenci PST, podobnie jak w przypadku innych szkół zawodowych, musieli złożyć egzamin eksternistyczny w Kuratorium Okręgu Szkolnego, by uzyskać maturę ogólnokształcącą. O rozszerzenie uprawnień maturzysty technicznego występowało m.in. Zrzeszenie Techników Absolwentów PST: Gdy się rozpatrzy to zagadnienie na płaszczyźnie użyteczności praktycznej, to daje się zauważyć bardzo nielogiczną rozbieżność. Absolwent szkoły technicznej i absolwent gimnazjum w myśl ustawy wojskowej i cywilnej (urzędniczej) mają te same uprawnienia (skrócona służba wojskowa, prawo zajmowania stanowiska II kategorii i t.p.), natomiast w myśl ustawy szkolnej matura gimnazjalna uprawnia do wstąpienia na wyższą uczelnię, zaś techniczna – nie. Ten stan rzeczy wytwarza słuszny żal i rozgoryczenie absolwentów średnich zakładów naukowych. 

Dopiero po wdrożeniu w życie postanowień dotyczących szkolnictwa zawodowego tzw. reformy szkolnej Jędrzejewicza absolwentom średnich szkół zawodowych przysługiwały nie tylko w wojsku i państwowej służbie cywilnej takie same uprawnienia, jakie się nabywało po ukończeniu liceum ogólnokształcącego, ale analogicznie absolwenci liceów zawodowych przyjmowani byli do szkół wyższych na wydziały pokrewne z wyuczonym zawodem (w przypadku innych kierunków obowiązywał ich egzamin uzupełniający). W ramach tej reformy zreorganizowano również PST, np. likwidując niektóre wydziały lub łącząc inne. Od kandydatów do zreorganizowanej szkoły technicznej wymagano ukończenia czteroklasowego (nowego typu) lub sześcioklasowego (starego typu) gimnazjum ogólnokształcącego, do których przyjmowano uczniów po ukończeniu siedmiu oddziałów państwowej szkoły powszechnej lub równoważnej. Zrezygnowano z egzaminów wstępnych do szkoły. Do wybuchu II wojny światowej szkoła wykształciła 1637 absolwentów różnych specjalności zawodowych. Po wejściu 28 października 1939 roku do Wilna wojsk Republiki Litewskiej szkoła została zajęta przez jej władze, a po wkroczeniu na teren Litwy wojsk hitlerowskich włączona w system niemieckiej oświaty zawodowej. W okresie wojny 509 uczniów PST uzyskało świadectwa maturalne, a 167 świadectwa ukończenia pośrednich etapów nauki.

W pierwszych latach działalności szkoły programy nauczania poszczególnych przedmiotów na różnych wydziałach miały charakter prowizoryczny, tymczasowy. Dopiero na podstawie zebranych przez nauczycieli spostrzeżeń i doświadczeń opracowywano konkretne programy dostosowane do potrzeb poszczególnych wydziałów. Nie było też podręczników, dlatego przystąpiono do drukowania notatek i skryptów przygotowywanych do pracy z uczniami przez nauczycieli różnych przedmiotów. Na wszystkich wydziałach szkoły uczniowie mieli na niższych kursach (podczas pierwszych lat nauki) więcej godzin przedmiotów ogólnych, takich jak: historia Polski na tle historii powszechnej, geografia Polski na tle geografii powszechnej, literatura, język polski, języki obce. Na wyższych kursach było więcej godzin przedmiotów zawodowych dostosowanych do specjalizacji danego wydziału. Przedmioty te dzieliły się na dwie grupy: teoretyczne, których zadaniem było etyczne i estetyczne wychowanie ucznia oraz zawodowe dostosowane do profilu danego wydziału, które miały przygotować ucznia do pracy w wybranym zawodzie. Ogółem na każdym z wydziałów uczniowie przez cały okres nauki musieli zaliczyć około 40 przedmiotów o charakterze ogólnym i zawodowym, a także dających wiedzę w zakresie nauk prawnych i obywatelskich, ekonomicznych, matematycznych i przyrodniczych. Przeciętnie uczniowie spędzali w salach lekcyjnych 7 godzin dziennie, 42 godziny tygodniowo. Zgodnie z założeniami twórców PST absolwent szkoły powinien radzić sobie na każdym stanowisku pracy: w hali fabrycznej, na placu budowy, w terenie, a także w biurze, stąd takie przedmioty jak np.: rachunkowość i korespondencja, księgowość i korespondencja, uproszczona i szybka rachunkowość czy kosztorysowanie i kalkulacja.

Uczniowie mieli też możliwość sprawdzania nabytej wiedzy teoretycznej w zakresie przedmiotów zawodowych oraz szlifowania swoich umiejętności w dobrze wyposażonych warsztatach szkolnych (obróbki skrawaniem, ślusarnia, spawalnia, kuźnia, hartownia, odlewnia żeliwa, odlewnia metali kolorowych, samochodowe, elektrotechniczny, stolarnia, ciesielski, laboratorium warsztatowe, elektrotechniczne, gospodarki cieplnej). Mieściły się one, podobnie jak sale lekcyjne, początkowo na ul. Ponarskiej 63, z czasem sukcesywnie przenoszono je na ul. Holenderni. Wydziały mierniczy i melioracji miały do ćwiczeń polowych 360-hektarowy teren oddany szkole do użytku przez Dyrekcję Lasów Państwowych, na którym uczniowie odbywali różnego rodzaju zajęcia praktyczne. Kierownikami warsztatów byli rozpoznawalni na pamiątkowych fotografiach, wybitni specjaliści, jak: inż. Franciszek Ostrowski − autor opracowań programów i instrukcji nauczania w nowych warsztatach, stawiający duże wymagania odnośnie wyposażenia w wysokiej klasy maszyny i urządzenia, które kompletował w miarę możliwości technicznych i finansowych szkoły; inż. Władysław Piątkowski – rozwijał zasadę wzorowania się w zakładzie przemysłowym, tworząc warsztaty dydaktyczno-produkcyjne; inż. Ludwik Janowicz – udoskonalił program nauczania i rozszerzył program produkcyjny, stworzył dział samochodowy nastawiony początkowo na dydaktykę, później również na produkcję. Z jego inicjatywy warsztaty szkolne wykonywały łodzie żaglowe, kajaki i bojery, narty, łyżwy i sanki. Dobry program nauczania, doskonałe wyposażenie i wysoki poziom personelu technicznego warsztatów szkolnych na Holenderni umożliwiły podjęcie działalności produkcyjnej, która przysparzała uczniom dobrych doświadczeń i praktyk, a szkole dawała możliwości zarobkowe. Uczniowie wykonywali na zamówienie z zewnątrz drobne i poważniejsze urządzenia, jak choćby stalowy pancerz przeciwpożarowy dla obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej, który chroni go po dziś dzień. 

Zdjęcia z wydawnictwa „Ostra Brama w Wilnie” Maria Kałamajska-Saeed, Warszawa 1990 r., PWN.

Zdjęcie z lewej strony z wydawnictwa „Ostra Brama w Wilnie” Maria Kałamajska-Saeed, Warszawa 1990 r., PWN. Zdjęcie z prawej strony „Państwowa Szkoła Techniczna w Wilnie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego”. Warszawa: Wydawnictwo „Arkady”, 1991 r.

 

Z wydawnictwa „Państwowa Szkoła Techniczna w Wilnie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego”. Warszawa: Wydawnictwo „Arkady”, 1991 r.

 

Jan Bułhak to „Ojciec polskiej fotografii”. Jego twórczość uważana jest za część wspólnego dziedzictwa kulturowego Białorusi, Litwy i Polski. Zdjęcie z wydawnictwa „Ostra Brama w Wilnie” Maria Kałamajska-Saeed, Warszawa 1990 r., PWN.

[Uczniowie] …Wykonywali też wiele prac na terenie szkoły, jak np. przystań wodną nad Naroczą, zbudowaną podczas praktyk letnich w 1929 i 1930 roku, z której korzystali uczniowie PST i innych szkól zawodowych w Wilnie. Warsztaty na Holenderni stały się z czasem jednym z największych zakładów przemysłowych na Kresach Północno-Wschodnich i przynosiły dochód obracany na rozbudowę szkoły. Pomocą w nauczaniu była bogata biblioteka naukowo-techniczna i beletrystyczna (nauczycielska „Nowości” i uczniowska). W „Sprawozdaniu Dyrekcji za rok szkolny 1936−37” podaje się, że w bibliotece naukowej znajdowały się w okresie sprawozdawczym 3 072 tomy czasopism i dzieł z dziedziny techniki, nauk ścisłych oraz pedagogiki. Księgozbiór pochodził z zakupów i darów.

Po obowiązkowych zajęciach uczniowie rozwijali swoje zainteresowania i zdolności w działających przy szkole organizacjach społecznych i zawodowych, klubach sportowych, kołach naukowych i artystycznych, jak: Bratnia Pomoc ze Spółdzielnią, Wychowanie Fizyczne i Sport, Przysposobienie Wojskowe, Harcerstwo, Koło Muzyczne, Sodalicja Mariańska, Koło Uświadomienia Społecznego, Koło Historyczno-Literackie, Koło Ligi Morskiej i Kolonialnej, Koło Fizyków, Koło Krótkofalowców, Koło Krajoznawcze im. Wincentego Pola. Działał więc przy szkole klub sportowy „Vector”, którego dewizy to: „W zdrowym ciele zdrowy duch” i „Sport dla zdrowia”. Uczniowie mogli trenować w kilku sekcjach: turystyki kolarskiej, lekkoatletycznej, gier i zabaw, szermierki, narciarstwa, strzeleckiej. 

Zdjęcie z wydawnictwa „Państwowa Szkoła Techniczna w Wilnie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego”. Warszawa: Wydawnictwo „Arkady”, 1991 r.

20 maja 1932 roku miała miejsce uroczystość poświęcenia przystani wioślarskiej zbudowanej, jak wspomniano już wyżej, przez uczniów w ramach letnich praktyk. Budowa była finansowana przez PST oraz inne szkoły zawodowe w Wilnie. Przystań miała tabor składający się z 24 kajaków jednoosobowych i 2 czteroosobowych oraz aparat do ćwiczeń. W dużej mierze one również były wykonane przez uczniów w ramach praktyk. Z kajaków tych często korzystał zapewne kierownik wydziału budowlanego i drogowo-wodnego oraz wykładowca budownictwa lądowego i wodnego – Włodzimierz Pawłow.

Dzięki poparciu kuratora Szelągowskiego wybudowano na terenie PST dwa baseny do pływania. Ponadto szkoła posiadała plac do gry w siatkówkę, koszykówkę, ping-ponga, szachy, bilard japoński. W ramach Koła Krajoznawczego organizowano wycieczki po Wilnie i okolicach oraz wyjazdy do dalszych miast Polski, jak Warszawa, Kraków i inne, które dawały uczniom możliwość poznawania obiektów znanych z historii Polski, historii architektury i stylów architektonicznych, walorów przyrodniczych itp. Koła tematyczne rozszerzały i gruntowały wiedzę techniczną zdobywaną przez uczniów w ramach zajęć obowiązkowych. Działające w szkole organizacje społeczne miały na celu przede wszystkim uspołecznianie młodych obywateli Polski, wyrobienie w nich obowiązkowości i karności, umiejętności współżycia społecznego oraz patriotyzmu. Dla przykładu Koło Uświadamiania Społecznego miało „dać członkom zrozumienie istoty życia społecznego i rozwijać w nich umysł społeczny w praktycznym oddziaływaniu przez swych członków na życie wewnątrz szkoły w kierunku uspołecznienia”

Uczniowie pochodzący spoza Wilna mieli możliwość mieszkania w bursach: Związku Osadników, Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet, Kolejowej, Księdza Karola Lubańca.

Bolesław Tatarynowicz został absolwentem Wydziału Budowlanego w 1928 roku. Księga dziesięciolecia Państwowej Szkoły Technicznej imienia Marszałka Józefa Piłsudskiego w Wilnie

 

W monografii PST autorzy przedstawiają imienne listy nauczycieli, absolwentów i uczniów, którzy w latach II wojny światowej i krótko po jej zakończeniu stracili życie w różnych okolicznościach. Na liście poległych, zamordowanych i zaginionych wykładowców znajdujemy znane nam ze wspomnień i fotografii i osoby: Jerzy Jacyna – oficer WP, poległ pod Zambrowem w wrześniu 1939 roku; Adam Bielecki − oficer WP, zamordowany w Katyniu; Ludwik Janowicz, aresztowany 3 listopada 1940 roku przez NKWD za sprzeciwienie się udziałowi swych wychowanków w balu organizowanym w Dniu Święta Zmarłych przez Komsomoł. Porównał ten pomysł do „tańczenia na grobie matki“. Więziony na Łukiszkach, w 1941 roku wywieziony do Sewpeczłagu koło Workuty, zwolniony po ogłoszeniu amnestii, zmarł na tyfus w drodze do Armii Polskiej na Wschodzie. Pochowany przez współwięźniów przy torze kolejowym w trudnym do zlokalizowania miejscu. Świadkami jego śmierci i pochówku byli wicewojewoda wileński Kirtiklis i uczeń PST, mechanik samochodowy o nazwisku Alubowicz, którzy po wojnie powiadomili o tym rodzinę zmarłego32; Antoni Nekanda-Trepka – deportowany przez NKWD do Kazachstanu, po ogłoszeniu amnestii zgłosił się do tworzonej Armii Polskiej na terenie ZSRR, zmarł w lutym 1942 w obozie Karabałt koło Frunze (centrum wyszkolenia samochodowego, artyleryjskiego i broni pancernej); Jan Trzeciak − zamordowany przez partyzantkę radziecką; Samson Friedman − wykładowca religii mojżeszowej zamordowany w Ponarach k. Wilna w 1943; ks. Władysław Kisiel − deportowany do ZSRR, zmarł w obozie NKWD w Dzeskazgan Rudnik w Kazachstanie; Grzegorz Merson − rozstrzelany w Pińsku w 1941; Rejngold Karol Raszke − poległ w powstaniu warszawskim 21 sierpnia 1944; Marian Łomnicki − żołnierz AK, zginął w więzieniu na Łukiszkach w Wilnie; Bohdanowicz − wywieziony do ZSRR w 1940, gdzie zaginął. Spoza tej listy warto też wymienić księdza Romana Mosiewicza, który został zamordowany w 1943 roku przez partyzantkę sowiecką. Lista poległych, zamordowanych i zmarłych na skutek ran oraz tortur absolwentów i uczniów PST jest znacznie dłuższa, zawiera bowiem 155 nazwisk, co stanowi ok. 10% liczby absolwentów szkoły do września 1939 roku. Na liście tej znajdujemy m.in.: Mieczysława Kurkowskiego, który poległ w powstaniu warszawskim34 oraz Mieczysława Błahuszewskiego, komendanta okręgu białostockiego Batalionów Chłopskich, zamordowanego przez gestapo w Nowosiółkach, gdzie w 1984 roku wystawiono mu pomnik. Warto też wspomnieć o tych, którym udało się przeżyć gehennę wojenną, jak np. Edward Stefanowicz, absolwent wydziału mechanicznego z 1934 roku, podczas wojny adiutant Dowódcy Okręgu Wileńskiego AK, w 1944 roku dowodził Szkołą Młodszych Dowódców przy 6. Brygadzie mjr. Konara, brał udział w powstaniu wileńskim, aresztowany we wrześniu 1944 roku na Łukiszkach, zesłany na Syberię, gdzie przebywał 11 lat. Swój zesłańczy szlak od Workuty do Magadanu i powrót do nowej Polski opisał we wspomnieniach, które wydał drukiem.

[…] Po 1945 roku większość wykładowców i absolwentów osiedliła się w granicach Polski. Wielu z nich odniosło sukcesy naukowe, zawodowe, artystyczne i sportowe. Warto pamiętać o ich dokonaniach. Ceniony i lubiany przez uczniów PST wykładowca historii architektury, budownictwa, formy i stylów, projektowania − Jan Borowski, po wojnie był wykładowcą Politechniki Gdańskiej i Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych (później Akademia Sztuk Pięknych) w Gdańsku, miał duże zasługi w konserwacji zabytków w Warszawie, Wrocławiu i Gdańsku. Profesor Piotr Ciechanowicz, w PST wykładowca elektro-fizyki, elektroniki z laboratorium, księgowości, maszyn i urządzeń elektrycznych, po wojnie profesor Politechniki Gdańskiej, kierownik Katedry Elektrotechniki Teoretycznej, prodziekan Wydziału Elektrycznego. Zajmował się naukowo elektrodynamiką i generatorami MHD. Wydał sześć zbiorów zadań z elektrotechniki teoretycznej. Cyryl Szulc w PST wykładowca kolei elektrycznych, laboratorium i warsztatów, maszyn i urządzeń elektrycznych, mierników, prądów słabych, radiotechniki. Po 1945 roku był pracownikiem dydaktycznym Wyższej Szkoły Inżynierskiej i Politechniki Wrocławskiej. Z powodów politycznych zwalniany z pracy i aresztowany, odniósł jednak wiele sukcesów naukowych i technicznych w dziedzinie usprawniania przemysłu elektrotechnicznego

PST w Wilnie skutecznie przygotowała swoich uczniów przede wszystkim do pracy w dziedzinie budownictwa i architektury, kolejnictwa, miernictwa, melioracji, elektrotechniki itp., o czym świadczą sukcesy zawodowe niektórych absolwentów. Po śmierci patrona szkoły marszałka Piłsudskiego wileński Urząd Wojewódzki powierzył Konstantemu Ilkiewiczowi (wydz. budowlany 1934) kierownictwo nad przebudową cmentarzyka wojskowego przylegającego do murów cmentarza na Rossie i budową Mauzoleum, gdzie 12 maja 1936 roku złożono, obok mogił żołnierzy Legionów Polskich prochy matki marszałka i jego serce. Swój udział w tej uroczystej ceremonii Ilkiewicz wspomina z ogromnym wzruszeniem: Wielka historyczna ceremonia pogrzebowa dobiegała końca. Ogromne tłumy ludzi w powadze opuszczały miejsce żałobnych uroczystości. Przed płytą stała nieruchomo żołnierska warta. Przyszła chwila refleksji nad historycznym wydarzeniem, którego byłem tak bliskim świadkiem, i chwila odprężenia po trudnym, ale dobrze spełnionym obowiązku. Rozpoczynając swoją naukę na wydziale budowlanym naszej Szkoły nie spodziewałem się, że dostąpię zaszczytu budowniczego mauzoleum Marszałka (...). Ile razy bywałem w latach powojennych w Wilnie, pierwsze moje kroki kierowałem na Rossę... 

[…] Po zakończeniu działań wojennych część kadry pedagogicznej oraz absolwentów wileńskiej PST podjęła starania o reaktywowanie tej placówki oświatowej w polskim Gdańsku, które z różnych przyczyn zakończyły się fiaskiem. Tradycja szkoły nie została jednak całkowicie zepchnięta w przeszłość. W zachowanym budynku przy ul. Holendernia 12 w Wilnie mieści się obecnie litewska szkoła techniczna Vilniaus Politechnikumas, której poprzedniczką, jak czytamy w folderze wydanym w 1982 roku z okazji 60-lecia szkoły, „była wileńska Państwowa Szkoła Techniczna powołana do życia w 1922 roku”.

Zdjęcie z wydawnictwa „Państwowa Szkoła Techniczna w Wilnie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego”. Warszawa: Wydawnictwo „Arkady”, 1991 r. 

 

Ktoś może zapytać dlaczego tak inteligentny człowiek zamiast czterech lat uczył się sześć. Moje przypuszczenia są takie, że powodem była niedostateczna nieznajomość języka polskiego, bo jak wiadomo, Bolesław kończył rosyjskie szkoły podstawową i techniczną, nie mamy tez pewności czy w domu mówiło się w języku polskim czy białoruskim. Ponadto w 1926 r. Bolesław Tatarynowicz ożenił się z panną Eweliną Sadowską (ur. w 1908 r. w Wilnie) a rok później został ojcem - urodziła im się córeczka - Halinka. W archiwum Barbary Tatarynowicz zachowały się zdjęcia portretowe małżonków oraz zdjęcia Eweliny w szykownym futrze i Bolka na motorze wykonane przez fotografa ulicznego w Wilnie.

Ewelina Sadowska i Bolesław Tatarynowicz, Wilno lata 20. XX w., Arch. Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

 

W tym  wyszukanym futrze – czyżby kupionym w firmie Leona Łopuszańskiego została sfotografowana przez ulicznego fotografa Ewelina Tatarynowicz, obok NN,  Wilno lata 30. XX w. Arch. Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

 

Bolesław Tatarynowicz jedzie na motorze BSA ulicą Zamkową, na drugim planie widoczna reklama FUTRA Leon Łopuszański, Wilno lata 30. XX w. Arch. Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

 

Żródło https://jbc.bj.uj.edu.pl/Content/319537/PDF/NDIGCZAS013040_1936_015_016.pdf

 

Niedoszły technik budowlany, by sprostać wydatkom świeżo założonej rodziny podjął ryzykowną choć dobrze płatną współpracę z hrabią Konstantym Przeździeckim, który poszukiwał projektanta budynków dla huty szkła w majątku Woropajewo w odległości ok. 150 km od Wilna. Przeździecki w latach 20-30 XX wieku należał do grupy największych właścicieli ziemskich w II Rzeczypospolitej. Bardzo szczegółowy opis majątku zawierało Zaświadczenie szacunkowe z 1935 roku, zgodnie z którym w skład dóbr ziemskich Woropajewo wchodziły: Fundum Woropajewo, folwark Połów, folwark Obołów, folwark Trembalówka, leśnictwo Hołubiejskie, leśnictwo Krasnoborskie, przestrzenie leśne (wśród nich użytki rolne i deputaty gajowych). Zdewastowany podczas pierwszej wojny światowej, podniósł ze zniszczeń i uprzemysłowił. Założył wielki tartak parowy, nowoczesną hutę szkła (przy udziale kapitału szwedzkiego), cegielnie, olejarnie, suszarnie i szereg większych warsztatów przemysłowych. Stworzył «na dalekich kresach prawdziwą ostoję cywilizacji… [https://www.ipsb.nina.gov.pl/a/biografia/konstanty-gabriel-przezdziecki] oraz [http://bondi.com.pl/portfolio/woropajewo/]

Być może, ale jeszcze nie mam na to dokumentów – czekam na odpowiedź z Archiwum Narodowego w Mińsku -  hrabia złożył propozycję wykonania projektów budynków huty szkła Państwowej Szkole Technicznej w Wilnie, aby wesprzeć finansowo szkołę. Szkoła wytypowała Bolesława. Do zespołu projektowego weszli także nauczyciel Merson i absolwent Janczukowicz. Z Pawłem Janczukowiczem (1906-1973) Bolesław poznał się i przyjaźnił od najwcześniejszych lat w Państwowej Szkole Technicznej w Wilnie, ponadto byli niejako sąsiadami, gdyż Paweł urodził się w Baranowiczach w województwie nowogrodzkim a Bolek w Hancewiczach w województwie poleskim. Janczukowicz później zaprojektował w Wilnie m.in. stadion z żelbetonowymi trybunami, pawilon Targów Północnych, Dom Turystyczny o kubaturze ca: 30 000 m3. Był wykładowcą materiałoznawstwa z geologią, statyki i wytrzymałości materiałów, ustrojów budowlanych, geometrii wykreślnej i kreślenia technicznego w Państwowej Szkole Technicznej w Wilnie w latach 1936 - 1939. [informacje o realizacjach z Archiwum Politechniki Gdańskiej

Z kolei inż. Grzegorz Merson (? – 1941) był kierownikiem Wydziału Drogowo-Wodnego od 1925 r. w Państwowej Szkole Technicznej w Wilnie, a w latach 1929 – 1932 Wicedyrektorem. W kwietniu 1936 r. powstał Komitet Wykonawczy powołany w celu zorganizowania pierwszego jarmarku poleskiego w Pińsku. Na jego czele stanął prezydent miasta Jerzy Ołdakowski. W jego skład wchodził inż. Grzegorz Merson, odpowiedzialny za projekt techniczny i wykonawstwo prac technicznych. [http://polesie.org/6007/jarmarki-poleskie-w-pinsku-w-latach-1936-1938/]

Główny wykonawca projektu Huty Szkła – Bolesław Tatarynowicz wraz z zespołem:

 

 

Zdjęcie z wydawnictwa „Państwowa Szkoła Techniczna w Wilnie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego”. Warszawa: Wydawnictwo „Arkady”, 1991 r.

 

Mapa ze strony http://postawyiokolice.blogspot.com/2011/05/miasto-postawy.html

Osada fabryczna: Hołbieja - Huta http://www.kami.net.pl/kresy/

 

Precyzyjny opis projektu budynków huty szkła otrzymałem dzięki pomocy pracowników archiwum Politechniki Gdańskiej. Pomimo pandemii koronawirusa Covid-19 i zminimalizowania personelu, pan Adam Kuciński już następnego dnia od naszej rozmowy telefonicznej, tj. 19 marca br., przekazał mi wiadomość o odszukaniu dokumentów dotyczących inż. arch. Bolesława Tatarynowicza w zespole Komisji Weryfikacyjnej z roku 1954. Natychmiastowa zgoda prof. dr hab. Inż. Krzysztofa Wilde - Rektora Politechniki Gdańskiej pozwoliła na błyskawiczne otrzymanie wykonanych skanów całej dokumentacji. Zadałem sobie pytanie, a gdzie są przechowywane rysunki (o ile się zachowały) owej huty szkła? Poszedłem tropem zaświadczenia wystawionego 15 grudnia 1952 roku, w którym inż. Paweł Janczukowicz stwierdza, że Ob. Bolesław Tatarynowicz w okresie od 1926 r. do 1939 r. współpracował z nim przy opracowywaniu projektów architektonicznych oraz realizacji budynków większych na terenie Województwa Wileńskiego, wykonując prace wymienione w ramach specjalności samodzielnego inżyniera – architekta. Na pieczątce imiennej odczytałem adres Gdańsk – Oliwa ul. Hołdu Pruskiego 6, który wprowadziłem do Google Maps i w rezultacie zobaczyłem zdjęcie willi obstawionej różnymi pojazdami. Wyszukiwarka Internetowa podała, że pod tym adresem mieści się Klub Płetwonurków „Rekin”.

 http://www.mihurybi.website.pl/KlubRekin/Wspom%20calosc.htm

Wykręciłem numer telefonu, po drugiej stronie słuchawkę odebrał prezes klubu, Pan Jerzy Janczukowicz – syn zmarłego w 1973 r. Pawła Janczukowicza. Przedstawiłem się i opowiedziałem o wspólnym przed lat projekcie huty szkła panów Bolesława i Pawła, poprosiłem o przeprowadzenie kwerendy w archiwum rodzinnym. Po tygodniu pan Jerzy przesłał wiadomość, że dokumentacji nie odnalazł. Wobec tego napisałem i wysłałem wniosek do Archiwum w Wilnie, do Lietuvos centrinis valstybės archyvas - Lithuanian central state archives. Po miesiącu odpowiedzieli, że nie mają dokumentacji huty szkła Konstantego hr. Przeździeckiego i poradzili skierować wniosek do archiwum na Białorusi, bez wskazania archiwum. Nie miałem do tej pory żadnych doświadczeń z archiwami na Białorusi, dlatego skierowałem zapytanie do Naczelnej Dyrekcji Archiwów Państwowych w Warszawie o wskazanie właściwego archiwum dla tej sprawy. W odpowiedzi Pani dr Anna Laszuk straszy specjalista Departament Archiwistyki NDAP poinformowała, że należy złożyć wniosek do właściwego terytorialnie Rejonowego Archiwum Państwowego w Mołodecznie. 22 maja br. złożyłem więc wniosek, a już 10 czerwca br. otrzymałem odpowiedź, niestety negatywną, że dokumentacji nie mają. Czekam jeszcze na odpowiedź z Państwowego Archiwum w Mińsku. 

Natomiast na bardzo ciekawej stronie „Miasto Postawy i okolice” dotarłem do wspaniałego zdjęcia „Huta szklana w Hołbieju” [autor strony nie pamięta jednak z którego numeru „Kuriera Wileńskiego” skopiował zdjęcie].  http://postawyiokolice.blogspot.com/2012/07/miasto-postawy-i-okolice-na-starych.html

Za zaprojektowanie i wybudowanie huty Bolesław Tatarynowicz otrzymał chyba spore wynagrodzenie bo kupił sobie motocykl. Jednak ze zdjęcia nie mogę rozpoznać marki. Liczę że pasjonaci starych motocykli pomogą to ustalić.

Bolesław Tatarynowicz, dzieci NN, motocykl NN, II RP lata 30. XX w. Arch. Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

 

Pierwsza informacja o pojawieniu się motocykla w Wilnie została potwierdzona archiwalnie – zachowały się źródła świadczące o tym, że w 1909 r. można było zobaczyć motocykl jadący ulicami miasta. Miał przymocowaną specjalną blaszaną tabliczkę z numerem 15. Pojazd ten należał do Stanisława Dzierżyńskiego – rodzonego brata Feliksa Dzierżyńskiego, jednego z bolszewickich rewolucjonistów, wywodzącego się z kresowej szlachty polskiej. [http://www.wilnoteka.lt/artykul/motowilno-miedzywojenne-sport-motocyklowy-nad-wilia-cz-i]

Bolesław miał odważną żonę, która z nim pływała łodzią i jeździła na rajdy motocyklowe. Swoje eskapady odbywali kupionym  motocyklem angielskiej firmy BSA (BSA Birmingham Small Arms została założona w czerwcu 1861 w Gun Quarter, dzielnicy rusznikarzy, w Birmingham.  https://www.youtube.com/watch?v=0Jv9WmCmB0Yw wyniku prowadzonej akcji polskich władz wojskowych mających w czasie wojny poprawić stan zmotoryzowania armii. Jednym z tych działań było promowanie „motocyklizmu” wśród korpusu oficerskiego za pomocą ulg finansowych przy zakupie i eksploatacji pojazdów. Dotyczyło to jednak tylko motocykli określonych marek, przydatnych do militarnego wykorzystania na wypadek wojny. W 1933 roku, wobec braku tanich pojazdów produkcji krajowej, takimi przywilejami objęte zostały zagraniczne marki:  Harley-Davidson, Rudge, BSA, Ariel i FN. 

Ewelina jedyna odważna kobieta w męskim gronie motocyklistów – na mecie rajdu, Warszawa lata 30. XX w. Arch. Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

 

Redakcja dwumiesięcznika MOTOCYKL i Cyclecar  (nr 1 z 1937 r.) zachęcała posiadaczy motocykli takim hasłem:  Każdy ambitny motocyklista powinien wziąć udział w rajdzie „Szlakiem Marszałka”. 
„W roku bieżącym początkowa trasa I-go rajdu Warszawa — Wilno — Warszawa, rozszerzona ostatnio do trasy Warszawa — Wilno — Warszawa — Kraków — Warszawa, rozwinie się w daleką wstęgę poza granicę „Szlaku Marszałka", zatoczy łuk na południe aby przez Podkarpacie, pamiętny Przemyśl, bohaterski Lwów, przerzucić się na nasze kresy wschodnie i pograniczem błot pińskich, a następnie po przez piaski wileńskie dobrnąć do północnej stolicy”. 
 
 

O historii Patrolowych Rajdów Motocyklowych Szlakiem Marszałka J. Piłsudskiego  w latach 1930-1938  na stronie:

https://polona.pl/item/viii-patrolowy-raid-motocyklowy-szlakiem-marszalka-j-pilsudskiego-warszawa-krakow,NjEwOTAzNDU/2/#info:metadata

Na trasie Rajdu – czy to może gdzieś w Wilnie ? lata 30. XX w. Arch. Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz. 

 

Na grupie fejsbukowej  Wilno uzyskałem informacje, że jest to Warszawa, ul. Wolska 66 róg Syreny. Historyczne zdjęcia przedwojennej "białej"  kamienicy i bloku z okresu PRL są na stronie https://fotopolska.eu/Wolska_66_Warszawa?f=7540-foto

 

Bolesław Tatarynowicz posila się owocami zakupionymi na przydrożnym straganie, który model motocykla firmy BSA dosiada?, lata 30. XX w., II RP. Arch. Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

 

Głównym środkiem transportu dla Bolesława był motocykl, którego używał zarówno w pracy w terenie jak i odbywał na nim rajdy wspólnie z Eweliną. Nie rozstawał się przy tym z wędką, często po pracy zatrzymywał się nad rzeką i wracał do domu ze złowionymi rybami.

Wilno - Dukszty oznaczone w kółku na czerwono http://www.kami.net.pl/kresy/

Miasteczko Dukszty http://www.kami.net.pl/kresy/

Rękopis odczytał i przepisał Jerzy Karnasiewicz

 

Bolesław Tatarynowicz precyzyjnie opisał przebieg swojej kariery zawodowej w Wilnie i powiecie Wileńsko-Trockim w latach 1926 - 1939. Zapraszam do pasjonującej lektury!

Archiwum Politechniki Gdańskiej 

 

Archiwum Politechniki Gdańskiej 

 

Archiwum Politechniki Gdańskiej 

 

Archiwum Politechniki Gdańskiej 

 

Rękopis odczytał i przepisał Jerzy Karnasiewicz

Troki http://www.kami.net.pl/kresy/

Rękopis odczytał i przepisał Jerzy Karnasiewicz

 

 

 

Rozdział 3. Okupacja sowiecka i niemiecka, repatriacja do Polski

Co takiego ważnego, niecodziennego wydarzyło się na świecie 7 października 1977 roku? Tego dnia inż. arch. Bolesław Tatarynowicz w swoim mieszkaniu w Krakowie - Nowej Hucie, na osiedlu Stalowym w bloku nr 8, zasiadł przy biurku, wyciągnął z szuflady blok papieru w kratkę formatu A4, chwycił długopis i zaczął pisać. Pisał nieprzerwanie aż do 23 strony, kiedy wypisał mu się wkład w długopisie (pismo w rękopisie stawało się coraz mniej widoczne). Wymienił wkład i kontynuował aż do 83 strony. Ten rękopis, który trafił do mnie po prawie pół wieku, zawiera wspomnienia od 1920 r. do 1954 roku.

Sięgnąłem do domowej biblioteczki po „Kronikę XX wieku”, odszukałem stronę datowaną na siódmego października 1977 r.: „NRD: obchody 28. rocznicy utworzenia państwa zostały zakłócone przez manifestacje antyradzieckie”. Jednak nie ta informacja była powodem, dla którego Bolesław postanowił spisać swoje życie. Odpowiedź odnalazłem na siedemnastej stronie niezwykłych wspomnień!

 

„ZIS – 105”  - napisał Bolesław Tatarynowicz 7.10.1977 roku 

Chociaż byłem ułanem, wojowałem i podobno byłem nawet bojowym, to jednak w drugiej wojnie światowej nie wojowałem. Byłem jako oficer wyznaczony na dowódcę kompanii pogotowia do usuwania szkód wojennych naturalnie na wypadek wojny, dlatego byłem reklamowanym i po wybuchu wojny na froncie nie byłem. Mój front „roboczy” był w granicach mojego powiatu [wileńskiego], gdzie rozmieszczono kilka magazynów z materiałami i narzędziami przeważnie budowlanymi. Dla łączności było przydzielonych sporo rowerów, które były przechowywane w tych magazynach. Takie pogotowie miało za zadanie niezwłocznie usuwać uszkodzenia na skutek działań wojennych. Niestety, pogotowie moje już po trzech dniach nie istniało. W ciągu tych dni bomby z nieba ciągle leciały, zniszczenia były ogromne, przeważnie na obiektach wojskowych. W ciągu tych dni został zarekwirowany mój samochód Ford razem z kierowcą, ponieważ kierowcy nie miałem przez to sam byłem kierowcą. Miałem zaufanie, dlatego zlecono mi rozwieść do gminy na terenie powiatu, pakiety mobilizacyjne. Po rozwiezieniu pakietów musiałem zdać samochód władzom wojskowym, zresztą samochód stał się nie użytecznym, gdyż starosta benzyny nie dostał i musiał wiać na piechotę. Mając rowery do dyspozycji pozwoliłem sobie przydzielić jeden rower, aby zacząć wykonywać swoją wojenną funkcję. Pojechałem rowerem w teren aby sprawdzić stan moich magazynów i oto przykra niespodzianka, w tych magazynach, ani materiałów, narzędzi czy rowerów już nie było, okoliczna ludność pieczołowicie zaopiekowała się.

Wracając do domu miałem „wesołą” przygodę. Jechałem rowerem na drodze dość odludnej, kiedy w pewnym momencie zostałem zatrzymany przez dwóch żołnierzy z karabinami. Od razu domyśliłem się, że oni są maruderami, że uciekli z frontu, ale mimo to nie tracili tupetu i od razu wzięli mnie w „obroty”, że jestem szpiegiem, kazali mnie pokazać wieczne pióra, które były porzucone na drodze, a które wybuchały przy użyciu. Takie „pióra” zrzucano z samolotów. Szukali też u mnie „czykuladek” z trucizną które też zrzucano z samolotów. Nie znaleźli, więc byli przekonani, że ja to „już” gdzieś podrzuciłem. Zaczynałem im tłumaczyć, kim jestem, pokazując dokumenty, ale nic z tego, byli przekonani, że jestem szpiegiem, a właśnie szpiedzy mają dobrze zrobione dokumenty, jak to mówią „mucha nie siada” tak dobrze podrobione. Zaczynają ze sobą wobec mnie rozmawiać co mają ze mną zrobić. No cóż, powiada jeden „rozwalić” co miały patyczkować się. Widzę że nie przelewki i jest źle i oto przyszło mnie do głowy spytać „czy idą do domu”. Potwierdzili, że owszem „odwojowali” i idą do domu. A gdzie wasz dom w jakiej gminie?! A my z gminy Niemenczyńskiej, z samgo Niemenczyna. Ludzie, toć przecie skoro jesteście z Niemenczyna, to musicie znać wójta Balewicza i sekretarza Nedka! Owszem znały. Zaczynam im wymieniać szereg innych znajomych, opowiadać kto ja i co robiłem, aż wreszcie podali ręce i przeprosili. Oni sobie poszli, a ja dalej pojechałem do pewnej wsi, dokąd wywiozłem (przed bombardowaniem) rodzinę i umieściłem u znajomej nauczycielki.

Tam dowiedziałem się, że idą nawałą bolszewicy, aby „wybronić” nas przed Niemcami. Ktoś tam już uciekając widział z daleka czołgi, a na niebie ciągle krążyły „kukuruźniki”, Co miałem robić? Musiałem szybko zabrać rodzinę i uciekać do Wilna do domu, ale jak uciekać, na czym, żona dwoje dzieci i ja czworo [żonę Ewelinę, córkę Halinkę lat 12. i syna Zbigniewa lat 6.] – na piechotę daleko nie ujdziesz?!

Ewelina Tatarynowicz z synem Zbigniewem i córka Halinką, lata 30. XX w., Wilno, arch. Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz 

Proszę gospodarza gdzie mieszkała nauczycielka aby zechciał nas odwieść do Wilna furmanką, Boi się – nie chce, ale ja proszę obiecuję zapłatę, ale to też nie pomaga no bo złotówki od razu straciły wartość. Uratował sytuację rower, no bo zupełnie nowy i dobrej angielskiej marki. [prawdopodobnie BSA Cycles Ltd. w Birmingham.] Za rower zgodził się nas zawieść do domu. Jechaliśmy jednak nie prostą szosą, lecz dróżkami bocznymi i widzieliśmy jak z tyłu nas pchały się tabory, czołgi. O zmroku byliśmy już  w domu i tuż za nami wpełzły do miasta czołgi i było pełno wojska. Było trochę strzelaniny koło cmentarza Rossy, gdzie młodzież Polska nie chciała wpuścić do miasta „wybawicieli” i zaczęli „pukać” do czołgów.  Naturalnie kilka serii z czołgów i „pukawka” zacichła. Towarzysze wybawiciele, byli bardzo grzeczni, dobitnie tłumaczyli, że przyszli tylko po to aby nie puścić Niemca i właściwie tak było. Niemiec do Wilna nie przyszedł i byliśmy pod pieką wybawicieli, aż do wybuchu wojny sowiecko niemieckiej. W międzyczasie towarzysze wybawcy zaczęli gospodarować po swojemu. Jako dobrodzieje odebrali Polakom Wilno i oddali Litwinom a Litwę zabrali sobie, zrobili Sowiecką Litwę. Mnie od razu znaleźli i „grzecznie” poprosili, abym zechciał odbudować zbombardowane Wileńskie koszary i nie tylko koszary. Kazali mnie organizować filię „Pribowo” tzn. „Prybalcijskij Wojennych Okrug” Ale muszę zrobić dygresję i opisać jakie przeżycia miałem po wkroczeniu wybawicieli?! Trzeba wiedzieć, że byłem kiedyś ułanem, wojowałem z Litwinami i tu winien jestem wytłumaczyć, jak to było z tym wojowaniem.

Bolesław Tatarynowicz ułan 1920 roku, arch. Barbara Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz 

Była tak zwana „Wiosna Narodów”, kiedy powstały czy wyzwalały się Państwa, a więc Polska i Litwa. Litwa zaś chciała mieć Wilno uważając za stolicę Litwy. Piłsudski jednak był przekonany, że Wilno musi być Polskie skoro Litwinów było tylko 1,5%. W trakcie tych sporów w Lidze Narodów generał Żeligowski „zajął” Wilno i Wileńszczyznę i mocno się tam usadowił. Tymczasem spory o Wilno zaciągały się i oto zaistniała Litwa Kowieńska i Litwa Środkowa, gdzie urodził się gen. Żeligowski. Liga Narodów zmusiła jednak, aby Piłsudski odwołał Żeligowskiego i oddał Litwinom Wilno. Żeligowski nie usłuchał Piłsudskiego. Na Piłsudskim z kolei wymuszono, aby podporządkował Żeligowskiego organizując ekspedycję karną. W tej właśnie ekspedycji ja brałem udział będąc ułanem w 211 pułku ułanów – partyzantki majora Dąbrowskiego [Władysława]. Ten pułk po dokonaniu „Cudu nad Wisłą” (ksiądz Adam Skorupko) uganiał się za „odstępującymi” wojskami Związku Radzieckiego [Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich został utworzony dopiero 30 grudnia 1922 roku.], aż do Mińska. W momencie podejścia pod sam Mińsk, nastąpiło zawieszenie broni między Sowietami a Polską.

Właśnie wtedy pułk dostał rozkaz szybkiego marszu na Wilno, aby zrobić porządek z Żeligowskim. Tu znowu dygresja, no bo trzeba wiedzieć, że Piłsudski „wiódł spory” na terenie Ligi Narodów, ze swoim szkolnym kolegą z Kowieńskiego gimnazjum, a ówczesnym prezydentem Litwy Waldemarasem [w tym czasie Augustinas Voldemaras był ministrem spraw zagranicznych] Tymczasem generał Żeligowski wojował z Litwinami odebrawszy Wilno. Główną siłą Żeligowskiego był 5-ty pułk wileńskiej piechoty [1 Dywizja Litewsko-Białoruska] i trochę artylerii. Było więc tak, że czasem dostawali w skórę Litwini, a czasem obrywali i Polacy. Tym czasem szerokim piaszczystym traktem, obsadzonym stoletnimi brzozami, nazwany „Traktem Katarzyny” – Spieszył nasz pułk w kierunku Wilna. Wreszcie jesteśmy w Wilnie i pchamy dalej na linię frontu. Zaczynamy więc wojnę podjazdową ale nie tak znowu krwawą, no bo my przeważnie robili „podjazd” nie po to aby się bić z Litwinami, a po to aby gdzieś w majątku wymłócić owsa dla koni. Litwini ustępowali nam z drogi, a jak czasem spotkaliśmy się gdzieś u dziewczynek, to zwykle było tak, że Litwini musieli się starać o bimber.

            Słowem romantyka nie wojna?!

Dowódcą naszego pułku był Władysława brat, Jerzego Dąbrowskiego, który ani chwili nie mógł wysiedzieć spokojnie, chciał ciągle się bić – walczyć. Zwykle brał któryś szwadron i pchał gdzieś na „tyły” Litewskie i o to pewnego razu w stu przeszło kilometrów od linii frontu, dopadli główny sztab Litwinów. Ja prawdę mówiąc w tej akcji nie byłem, ale dobrze wiem, że najazd ten krwawym nie był, ktoś tam dostał „płazem” szabli po grzbiecie i tyle. Dziwną była ta nasza ekspedycja karna. Generałowi Żeligowskiemu nic się nie stało, a na froncie litewskim było co raz spokojniej. Przestaliśmy robić „wypady” w głąb Litwy, chyba, że po owies, aż wreszcie wycofaliśmy się do Wilna, a w Wilnie nastąpiło połączenie naszego pułku, który wówczas się nazywał 211 pułk ułanów Nadniemeńskich [211 ochotniczy pułk ułanów Nadniemeńskich], a to dla tego, że my 3 razy „przechodzili” Niemen w bród – z 19 pułkiem ułanów Grodzieńskich [Oddział sformowany został w wyniku połączenia 3 dywizjonu strzelców konnych, 211 pułku ułanów i 2 dywizjonu huzarów Litwy Środkowej. Numer „23" otrzymał 1 czerwca 1921r.]. Ja nie chciałem dalej wojować – dostałem tymczasowe zwolnienie, aby pójść do szkoły.

Po tej dygresji muszę wrócić znowu do czasu kiedy przyszli do Wilna towarzysze wybawiciele, którzy jak już powiedziałem, oddali Litwinom Wilno, a wzięli za to Litwę, a za tym, Panami Wilna zostali Litwini. Zaczęli robić swoje porządki zrobili też porządek i ze mną. Znaleźli w aktach Starostwa moje życiorysy i dokumenty, z których wynikało, że wojowałem z Litwinami, dlatego też wyrzucono mnie na „zbity pysk” co prawda nie czyniąc mi większej krzywdy. Zostałem więc bez pracy, ale liczyłem, że jakoś tam będzie i że pracę wreszcie dostanę. Niestety, nic z tego, Litwini postarali się o to abym pracy nie dostał. Łaziłem wszędzie ale bez sutku, pracy dla mnie nie było. 

Pewnego dnia spotkałem kumpla Palewicza. On był bardziej zawziętym motocyklistą niż ja, był bogaty – miał duże ogrody warzywne i ciągle hasał na drogich motocyklach. Kiedy przy spotkaniu mnie zobaczył, udał, że bardzo się ucieszył, a spotkaliśmy się koło magistratu, gdzie jak się okazało urzędował jako prezydent miasta Wilna, więc zaprosił mnie do siebie. W gabinecie swoim bez ogródek oświadczył, że za czasów polskich był szpiegiem na rzecz Litwy, no bo jest zawziętym Litwinem, ale zaznaczył, że jest dalej moim przyjacielem, chociaż jestem „Lankiszki ropuzio” [Lenkijos rupūžė]  tzn. „Polską ropuchą” i że mogę na niego liczyć. Ja mu wytłumaczyłem, że mnie Litwini nie dają pracy, ale on pocieszył, że się da zrobić. Przetrzymał mnie u siebie kilka godzin, usadzając mnie na wygodnej otomanie. Przy końcu urzędowania, prosił mnie, abym jutro też przyszedł do niego, pogadać i załatwić swoją sprawę. Na drugi dzień też przesiedziałem prawie cały dzień, a on urzędując ciągle mnie przetrzymywał, no bo nie miał czasu pogadać, tak było prawie cały tydzień, przychodziłem, siedziałem, a on ciągle przepraszał i obiecywał. Przez ten tydzień poznałem prawie wszystkich urzędników, poznałem też sympatycznego architekta na m. Wilno. Pewnego dnia ten właśnie architekt po urzędowaniu wyszedł ze mną  i powiedział, że Palewicz ze mnie kpi i pracy mi nie da, powiedział, że skoro „Lankiszki ropuzio” [Lenkijos rupūžė] chce jeść Litewski chleb to niech po litewsku nauczy się mówić, a przynajmniej niech by się przywitał po litewsku „Labadzienas Ponas”  [Labas rytas pone] (dzień dobry Panu).

Naturalnie więcej do niego nie poszedłem. Pracę dostałem przez „kobiety”. Kobieta która przynosiła nam mleko była żoną dróżnika, a mąż jej chociaż „udawał” Litwina to jednak Polakom nie szkodził, on właśnie kazał przyjść do pracy na szosę. Jeszcze przed wojną na odcinku szosy koło wsi „Sorok Tatarów” zwieziono kamienia do naprawy szosy i ułożono w prawidłowe pryzmy. Pryzmy te zwykle musiały być prawidłowe dla dokładnego określenia ilości (dla przyjęcia). W czasie wojny roboty tam przerwano, a z czasem i te pryzmy zostały porozwalane. Litwini postanowili kontynuować naprawę szosy dla tego musieli kamień złożony obok półtora na szczerbinkę (rosyjska) inaczej mówiąc na szaber (też nie po polsku) ale trzeba było wiedzieć dokładnie wiele tego kamienia w pryzmach jest, aby nie przepłacić za tłuczenie. Jak wiadomo Wileńszczyzna leży w strefie polodowcowej dlatego wszędzie pełno kamienia, zwykle są to tzn. otoczaki, kocie łebki czy też większe otoczaki zwane „podymakami” widocznie dlatego, że się dawał podjąć człowiekowi. Z kocich łebków budowano jezdnię brukowaną (mordęga dla samochodów i wozów). Podymaki zaś przerabiano na szaber na nawierzchnie systemu Makadamowego. Właśnie na tym odcinku miała być nawierzchnia „szabrownika”. Widok na takim odcinku następujący,  co kilkanaście metrów siedzi na większym kamieniu, na podłożonym worku ze słomą, robotnik, a jego nogi uzbrojone w kawałki opon (zużytych) ułożone na drugim kamieniu, wali się ciężkim młotkiem aż „wychodzi” szaber taki jaki ma być.

Naturalnie dróżnik, który mnie zaprosił do roboty, wiedział kim jestem, nie chciał więc dać dla mnie „tłuczenia”, dał mnie „poprawiać” rozwalone pryzmy kamienne tak, aby można było dokładniej wymierzyć. Co było robić musiałem zabrać się do roboty, łapałem więc rozwalone kamienie i układałem na pryzmę. Już po pierwszym dniu naskórek rąk był mocno spracowany, a po drugim dniu naskórka prawie nie było – robotnicy ze mnie się pośmieli i polecili zrobić sobie na dłonie też „żabki” to znaczy dwa kawałki grubszej, stosunkowo miękkiej skóry z przyszytymi taśmami, aby się trzymały na rękach. To był jedyny sposób umożliwiającą pracę przy kamieniach. Po zrobieniu tych żabek dalej pracowałem, ale bez takiego entuzjazmu jak to robiłem pierwszego dnia, bowiem skóra na rekach tak była starta a dłonie tak zbolałe, że każdy kamień brałem powoli, ostrożnie i pieczołowicie jak gdyby obawiając się aby go nie urazić, nie skaleczyć i z uszanowaniem też ostrożnie układałem na pryzmę.

 

Firma „Rybak i Grzebieniewski” w Wilnie

Na szczęście takie przenoszenie kamieni nie trwało długo, gdzieś po tygodniu zaczął mnie szukać na szosie mój były technik gminny Sosnowski. Jego też Litwini „wywalili” ale on miał więcej szczęścia, gdyż trafił do świeżo zorganizowanej firmy budowlanej, polsko-żydowskiej „Rybak i Grzebieniewski”, gdzie Rybak był Żydem, a Grzebieniewski Polakiem.

Ani właściciele ani ich zaangażowany technik Sosnowski, nie bardzo byli za pan brat z budownictwem, tymczasem wzięli z przetargu budowę domu mieszkalnego (reprezentacyjnego) na terenie koszar Nowej Wilejki, dla komendanta tych koszar i jego politruka. Sosnowski przypomniał moją osobę, powiadomił swoich chlebodawców, którzy kazali mu mnie szukać. I oto pewnego dnia zjawia się na szosie koło „Sorok Tatarów” i namawia mnie abym rzucił tłuczenie kamieni i zgodził się na kierownika budowy w powyższej firmie. Szczerze mówiąc nie dałem mu długo siebie prosić i tegoż dnia ujrzałem swoich przyszłych chlebodawców. Naturalnie od razu zabrałem się do roboty. Od razu popędziłem do niezwłocznego przywiezienia na plac budowy potrzebnych materiałów. Naturalnie byłem przedstawiony bezpośrednio „inwestorowi” pułkownikowi Łopuchowi i już z góry wyznaczonemu Inspektorowi Nadzoru budowlanego starszemu lejtnantowi „Grigorij Fejginu” ale źle dosłyszałem nazwisko Fejgin i byłem pewny, że nazywa się Fedzin. 

Naturalnie pułkownik i Fedzin koniecznie chcieli abym ja wykonał zamówioną budowę  systemem stachanowskim, który polegał m.in. na tym, aby murarz musiał wymurować w dzień 10 tysięcy cegieł ?! Naturalnie nic z tego nie wyszło, a to dla tego, że moja firma miała samochód przerobiony z ongiś pięknego długiego Fiata, mocno „schodzonego” na ciężarówkę, na której było można załadować parę setek cegły, tak że trudno mnie było stać się stachanowcem, no bo jak wykonać w dzień 10 tysięcy cegły skoro dowożono tylko nie cały tysiąc sztuk cegły. Mnie było bardzo przykro, że nie mogę być stachanowcem, tym bardziej, że każdy dzień przychodził Inspektor Nadzoru i od razu pytał jak wiele cegieł wczoraj położyliśmy. Ja na razie grzecznie odpowiadałem, że mnie jest trudno „wniedryć stachanowskoje dwiżenije” no bo firma nie może dostarczyć tyle cegły w dzień. Z czasem jednak mnie to zbrzydło i zacząłem psioczyć na swoich chlebodawców. Na pytanie Inspektora Nadzoru „Hryszki” wówczas byliśmy już na „ty” bo każdy prawie dzień po zakończeniu robót szliśmy razem do Maszy (Żydówki) która niedaleko koszar miała kiosk i tam smażyła smaczną „pieczonkę” tzn. wątróbkę. Naturalnie miała też czym i zakropić tą „pieczonkę” tak, że dość szybko zrobiłem z Inspektorem Nadzoru „brudzia” po czym on mnie nazywał Bolesław, a ja go Hryszką, no i mówiąc szczerze szanowaliśmy się wzajemnie i wiem na pewno, że mnie nawet lubił. Chętnie przychodził do mnie na budowę i zawsze pytał jak tam ze stachanowskim „dwiżeniem” a ja mu zwykle nie szanując swoich chlebodawców odpowiadałem mu „żydowskaja rabota” no bo jak wbudować 10 tysięcy cegły skoro dyrektor firmy może na swoim Fiacie przywieść tylko tysiąc?! On zwykle pośmiał się, po czym przechodził na inny temat, a po ukończeniu robót szliśmy razem do Maszy na „pieczonkę”. Polubiłem i ja Hryszkę, był naprawdę miłym człowiekiem, był właściwie typem „wielkorusa” był blondynek i miał piękne jasne z lekka falujące włosy. On lubił słuchać moich opowiadań bo był ciekaw jak to u nas było, czasem i on opowiadał jak i u nich było. Właśnie od niego dowiedziałem się, że u nich były takie trudności, kiedy kieliszkami sprzedawano kaszę czy mąkę a obierki z ziemniaków były też przedmiotem handlu.

Pewnego jednak dnia, kiedy ukończyłem fundamenty, należało sporządzić akt zużytych robót tzn. fundamentów. Akt ten, Hryszka prosił bym ja pisał jako, że posiadający „lepszy” język rosyjski. Zaczynam więc pisać i wpisuję jego nazwisko Fiedzin, na wstępie jako Inspektora, ale on siedząc za stołem naprzeciwko mnie, mówi, że źle napisałem jego nazwisko. Ja się zdziwiłem i pytam dlaczego?! A dla tego, powiada on, ja się nazywam nie Fiedzin a Fejgin! Ja zdrętwiałem zaniemówiłem „ciarki” przebiegły mnie po grzbiecie, no bo jak że tak, przecież byłem przekonany, że on ma wybitnie rosyjskie nazwisko od rosyjskiego imienia Fedzia, tymczasem doskonale się orientuję, że Fejgin pochodzi od żydowskiego imienia żeńskiego Fejga?! Więc jak, że tak, znaczy mój Hryszka jest Żydem?! Patrzę pilnie w jego oczy i mnie zatkało, wprost nie wiem i nie mogę do niego przemówić. On patrzył na mnie z uśmieszkiem i tak trwało dłuższą chwilę, wreszcie ja wyksztusiłem ze siebie „kto ty”?! A on z uśmieszkiem odpowiada „ja Żyd”! Trzeba wiedzieć, że w Związku Radzieckim można było dostać „3 lata” za słowo Żyd (Żydzi wówczas mieli wpływ).

Żyd w Polsce – w Rosji „Ewrej” i na tym opowiadano kawał o tym jak znajomek pytał u znajomka na przystanku tramwajowym co tu robi?! A pytany odpowiedział, że „podjewreiwajet” tramwaj, zamiast powiedzieć jak należy „podżydaju na tramwaj” co znaczy czekam na tramwaj. Ja chciałem coś powiedzieć, ale nie mogłem wydostać głosu, przecież uprzytomniłem sobie, że ja prawie każdy dzień narzekałem przed nim o „żydowskiej robocie”. Chciałem jednak coś powiedzieć kiedy on mnie uprzedził „słuszaj Bolesław, ja Żyd prawda – syn Kuzmicza Żyda, no kakoj ja Żyd jeśli ja nie umieju rozgowarywać po żydowski”?!  Ty nie bojsia, ja na ciebie nie obiżajuś, ty choroszyj czełowiek, piszy skorej akt i idziem k Maszy!

I tak skończyła się moja wsypa z Żydami „3 lata mnie ominęły”.

Dalej „robię szaloną karierę” zlecono mnie zorganizować „Kantorę Wojenno Stroitielnych Rabot N 5” a niebawem po tym miałem zadanie zorganizować na okręg wileński przedsiębiorstwo pod kryptonimem „Uczastok Wojenno Stroitelnych Rabot N 188” – przy tym dostaję nominację na „głównego praroba” na wszystkie wojenne obiekty w tym okręgu, a za tym koszary północne 5 pułku Legionowego gdzie miałem przydział jako oficer rezerwy (naturalnie za czasów Polski), koszary saperów 3go DARu ciężkiej artylerii, fortów w okolicy Wilna i podzamcza, koło góry zamkowej gdzie był Inspektorat DOK  (Dowództwo Okręgu Korpusu) gdzie w swoim czasie był Inspektorem Rydz Śmigły zanim został Marszałkiem, kiedy to będąc na letniej praktyce w Ekspozyturze Budownictwa Wojskowego, byłem kierownikiem prac remontowych tego podzamcza, gdzie roboty były wykonywane ekstra luksusowe i ciekawe, przecież obiekt ten był (musiał być) wielce reprezentacyjnym.

Archiwum Politechniki Gdańskiej 

Miałem do dyspozycji Opla Kadetta i tłukłem się po terenie jak parszywy w łaźni. Po całodziennej pracy musiałem być w sztabie firmy „aby zdać sprawę z postępu robót”. Tam właśnie czekali na mnie naczelnik „uczastka” inżynier Maciuchin i politruk Kuzniecow, zapewne ten sam którego w dniu 7.10.1977 roku przy uchwalaniu konstytucji ZSRR awansowano do godności zastępcy Breżniewa [Wasilij Wasiljewicz Kuzniecow od 7 października 1977 do 18 czerwca 1986 I zastępca przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej ZSRR].

Muszę tu ujawnić pewne perypetie w moim życiu, Kuzniecow chciał mnie koniecznie wciągnąć do partii, bowiem widział we mnie zadatki na komunistę, a z Naczelnikiem Maciuchinem wojowałem w swoim czasie z bolszewikami, a było to tak; w pułku ułanów (moim) [211 Ochotniczy Pułk Ułanów Nadniemeńskich] było dwóch małych chłopców – synów pułku. Pułk znalazł gdzieś osieroconych, przygarnął, umundurował i byli oni „maskotkami” synami pułku. Jeden z nich miał wymyśloną nazwę „Kapyszkin” miał chroniczny katar, ciągle ciekło mu z nosa. Po zawieszeniu broni z Litwinami przy połączeniu w Wilnie z Grodzieńskim pułkiem ułanów [23 Pułk Ułanów Grodzieńskich] – Kapyszkin jeszcze w pułku był, widać go na zdjęciu szwadronu (moim) karabinów maszynowych. Co się stało z nim po tym nie wiem, mogę tylko się domyślać, że w zawierusze wojennej on się dostał z kolei do wojska Z.R. [Związku Radzieckiego] tam go skierowali do sierocińca, a sierociniec widocznie zadbał o jego wykształcenie, skończył więc „Techniczny Instytut” i po krótkim stażu, będąc pilnym został Naczelnikiem „uczastka” i moim.

211 ochotniczy pułk ułanów, Szwadron Karabinów Maszynowych. W trzecim rzędzie od góry, piąty od lewej Bolesław Tatarynowicz (lat 18.) obok, szósty, prawdopodobnie Jan Tatarynowicz (lat 16) brat Bolesława, lata 1920-1921, arch. Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz 

Wiem, że on mnie poznał, tak jak ja poznałem jego, ale nie odezwaliśmy się do siebie w obawie aby nie zdradzić siebie – on, że bolszewik ale w swoim czasie „walczył” z bolszewikami, a ja też z tego samego powodu. On mnie nie lubił i się bał, ale nie mógł mnie zaszkodzić, boja byłem pod dobrą opieką Kuzniecowa. Pracowałem pod opieką tych towarzyszy do 22 czerwca 1941 roku, kiedy to niespodziewanie posypały się bomby niemieckie, kiedy się rozpoczęła wojna rosyjsko niemiecka. Stało się to niespodziewanie, gdyż tak wyglądało, że się nie spodziewali, no bo jeszcze poprzedniego dnia na odprawie roboczej, kiedy murarz Stankiewicz zapytał Kuzniecowa, czy będzie wojna?! Kuzniecow go zbeształ tłumacząc, że wojny z Niemcami być nie może, no bo jak może być wojna skoro Związek Radziecki śle do Niemiec eszelony zboża?! Niestety Kuzniecow nie miał racji, bowiem na drugi dzień właśnie w tych transportach jakie szły do Niemiec ze zbożem, wracały z Niemiec i w tych zaplombowanych wagonach  siedzieli hitlerowcy, którzy w Brześciu nad Bugiem zrobili masakrę niszcząc pograniczny węzeł kolejowy, jakim był Brześć. Kuzniecow razem ze sztabem firmy ledwo zdążyli wsiąść do ciężarówki aby gwałtownie uciekać. Mimo jednak pośpiechu, na peryferiach miasta zostali obstrzelani przez tych, którym łaskawie oddali Wilno i zabrali Litwę.

 

„Grosse Herres Baudienstatelle” Wojskowe Przedsiębiorstwo Budowlane w Wilnie

Ja też uciekałem, ale nic z tego – Niemcy kazali mnie się stawić do tych samych robót jakie wykonywałem dla bolszewików, pod strachem „zaopiekowania” się rodziną, gdybym się nie stawił. Musiałem więc robić te same roboty tylko pod innym tytułem. Przy bolszewikach nazywałem się „prorabem” (proizwoditiel rabot) a przy Niemcach nazywano „Bauführer” [Kierownik budowy]. Moja nowa firma nazywała się „Grosse Herres Baudienstatelle” Wojskowe Przedsiębiorstwo Budowlane. Nie chciałem wysługiwać się hitlerowcom i to niebawem udało mi się od nich odejść. Pomógł mnie w tym mój współpracownik z wydziału powiatowego pan Pietraszko. On jak zwykle dobrze sobie radził – był sprytny i dobrze się urządził w pewnej firmie budowlanej, gdzie przeważnie byli Szwedzi i pracowali pod znakiem „Todt” (ze znakiem hakenkrojen na rękawie). Szef tej firmy bardzo kulturalny jegomość – Szwed o ładnym nazwisku „Ivar Ansen” [w opracowaniu z 1952 roku podał że „Ivar Ansen” była firmą Łotewską] potrzebował projektanta i budowniczego i polecił p. Pietraszko, aby takiego znalazł. Naturalnie Pietraszko od razu przyszedł do mnie, ale cóż z tego wszak miałem już pracę i mocnych szefów?! Ale widocznie Ivar Ausen był mocniejszy gdyż po kilku dniach oddelegowano mnie do Ivar Ausena.

 

Firma „Ivar Ausen” w Wilnie

Ivar Ausen miał swoją firmę w obszernym lokalu, gdzie pracownicy mieszkali i tam pracowali. Pan (gospodin tak miałem go nazywać) Ivar Ausen mnie bardzo mile przyjął w swoim gabinecie, naturalnie z „dymkiem”, a później z obfitym obiadem. Mówił pięknym językiem rosyjskim to też się ucieszył kiedy się dowiedział, że i ja mówię po rosyjsku. Nie śpiesząc objaśniał mnie jakie to czynności mnie czekały. Aktualnym zadaniem gospodina Ausena było, zaprojektować i wykonać składane, ocieplane baraki przeznaczone dla firmy, która miała usuwać zniszczenia wojenne – natychmiast odbudowując. Na całość składało się szereg baraków, każdy o specjalnym przeznaczeniu, o dokładnej funkcjonalności i przede wszystkim, aby były łatwo demontowane, łatwo przewożone i szybko montowane. Zadanie niełatwe, gdyż należało opracować takie elementy, aby z nich dało się montować baraki o różnych kształtach i przeznaczeniach, by były uzależnione od wymiarów wozów samochodowych dla łatwego transportu, no i łatwego i szybkiego montowania i demontowania. Całość miała być tak pomyślana, aby „nie dorabiać” tylko już z gotowych elementów, ponumerowanych, składać lub rozkładać.

Gospodin Ausen, w te arkana wprowadzał mnie przeszło tydzień, naturalnie przy „dymkach” i miłej rozmowie na tematy służbowe. On też lubił literaturę rosyjską, znał wszystkich rosyjskich klasyków, znał prawie na pamięć baśnie Kryłowa i ciekawsze ustępy z „Jewgienija Oniegina”. Tak, że my ciągle ze sobą gwarzyli, ja nawet przestałem się krzywić na jego opaskę z hakenkrojen, jaką on zawsze nosił na ręku, chcąc być „lojalnym” dla Niemców. Naturalnie z rana zasiadaliśmy do obfitego śniadania, w południe do smacznego obiadu, wieczorem zwykle był „podwieczorek” też zwykle z „dymkiem”. Personel jego składał się z w/w omawianego p. Pietraszka – Polaka, dwu Łotyszy, którzy byli kiedyś, a może i wtedy szpiegami nie wiadomo dla kogo, jednego Szweda (poza Ausenem) o nazwisku Peterson, czyli, że po polsku Pietraszko, mieliśmy więc dwu Pietraszków – grubasów no bo i w tym byli do siebie podobni. No i byłem ja – o przepraszam, zapomniałem o jednej starszej ale jeszcze przystojnej pani poznaniance, która była sekretarką, pisała na maszynie i sprawowała w stołówce obowiązek honorowej gospodyni i był poza „naszym” zespołem taki sobie prostaczek też poznaniak, nazywał się „Chałupka” i był na liście folksdojczów. Podejrzewałem też i panią sekretarkę, chociaż ona stanowczo temu protestowała, a uwierzyłem jej dopiero wtedy kiedy jej syna aresztowali, przyłapanego na dywersyjnej robocie.

Dziwnym mnie się wydało, zachowanie gospodina Ausena – on szef firmy, wyraźnie mnie odciągał od pracy do której ja się starałem nareszcie „przyłożyć”. Ciągle mnie bawił rozmową „przyjemną” i tak z dnia na dzień. Nareszcie „wprowadzono” mnie w sedno mej przyszłej pracy i po naszkicowaniu programu tej pracy, nareszcie ruszyliśmy w teren, aby zabezpieczyć potrzebny nam materiał. Byliśmy w trzech tartakach w okolicy Wilna, gdzie zasekwestrowali potrzebny nam materiał drzewny. W mieście na trzech składach materiałów zasekwestrowaliśmy bardzo dużo sklejki I-szej klasy (meblowa). Po tych wycieczkach nareszcie przydzielono mnie światły pokój, Kuhlmanna [stół kreślarski dla architekta] i inny sprzęt i precyzje kreślarskie. Zabrałem się do pracy ochoczo, bo chociaż wiedziałem, że robię na Niemców, ale temat i praca były tak ciekawe, że uległem. Ale nic z mojego zapału i chęci, ciągle u mnie siedział gospodin Ausen, ciągle mnie bawił, wciągał w rozmowę, częstował „dymkiem” i ciągle mnie przestrzegał żebym nie śpieszył no bo zadanie musi być dokładnie wykonane i najmniejsze błędy być nie mogą, dlatego nie należy spieszyć – trzeba dobrze przemyśleć i rozważyć, przeliczyć. Mnie o tym tak często mówił, aż ja naiwnie nareszcie poszedłem po rozum do głowy i zrozumiałem o co chodzi.

Gospodin Ausen – Komendant całej tej imprezy po wykonaniu zadania tzn. po wybudowaniu kompletu baraków, musiał zabrać cały majdan i jechać gdzieś w strefę przyfrontową. Budowa tych baraków świadczyła o tym, że Hitler połamał skrzydełka (czy opalił) i już nie liczy na „Blic kryg” czy dobrze napisałem? [Blitzkrieg] Widocznie zrozumiał, że przyjdzie mu się walczyć na ustalonym froncie, po to były te baraki, ale jak z historii wynika, że i z tym zamiarem racji niemiał. Stalingrad jemu w tym przeszkodził, ponieważ po Stalingradzie już mu baraki nie były potrzebne. Widocznie i mój szef Ausen przeczuwał, że nie ma po co spieszyć z wykonaniem baraków, ale cóż robić musiał chociaż nie chciał. Ja tymczasem byłem całkowicie pochłonięty projektowaniem, ponieważ temat był naprawdę bardzo ciekawy, więc pracowałem raczej przez ciekawość pointrygowany tym, jak to będą wyglądały moje wypociny już po wykonaniu?! W miedzy czasie zorganizowałem pomieszczenie gdzie zaczęto realizować moje wypociny. Tu też mój szef mnie ciągle prosił, aby robotnicy nie spieszyli, aby wykonywali bardzo dokładnie.

Archiwum Politechniki Gdańskiej 

Pewnego razu ten Chałupka – poznaniak folksdojcz poskarżył się szefowi Ausenowi, że ktoś z robotników zrobił sobie walizkę ze sklejki. Reakcja szefa była taka, że tegoż dnia jeszcze „kazał”, aby każdy robotnik zrobił sobie walizkę tłumacząc tym, że przecież wszyscy my (naturalnie ja też) pojedziemy na front, więc walizki koniecznie są potrzebne. I oto z fabryki baraków składanych raptem zrobiła się fabryka walizek. Każdy robotnik robił tyle sobie walizek ile chciał – do obrzydzenia czy zniechęcenia. Cały bazar wileński był zawalony naszymi walizkami. Nie wiem skąd to się wzięło, ale do tych walizek raptem ktoś dostarczył kompletne piękne okucia jakie używa się do walizek fabrycznie wykonywanych. O tych walizkach wiedział szef Ausen i po cichutku śmiał się w kułak i ja wreszcie przekonałem się jak gospodin Ivar Ausen chce pomóc Hitlerowi - ……. tak widocznie samo jak i ja.

Walizki walizkami, ale wykonywano i baraki i nie wiem czym by się skończyło gdyby nie ten Stalingrad?! Już całość zadania było na ukończeniu, kiedy mój szef został widocznie przyciśnięty, aby moja produkcję pokazać na froncie. Podstawiono na bocznicę wagony i moje załadowane wypociny ruszyły w siną dal – na front. Naturalnie ja zostałem bo wymyśliłem sobie jakieś doróbki – uzupełnienia do całości, które wykonywane na ostatku, a mój szef też został, aby mnie „pomagać” no i szykować się do ostatecznej ewakuacji całego majdanu na front. Jak się okazało ja zdałem egzamin na piątkę z plusem, no bo się okazało, że transport ani trochę nie uszkodził konstrukcji składanych i, że składanie tych baraków wykonano szybciej niż ja zapowiedziałem (naturalnie celowo z pewną rezerwą). Pełne uznanie dla mnie i mało brakował, a daliby mnie „ajzenkroje z diamentami”, ale ten Stalingrad i bolszewicy przeszkodzili. Z dnia na dzień Niemcy przesuwali chorągiewki na publicznie wystawionej mapie tłumacząc koniecznością wyrównywania frontu tak wyrównywali aż do Berlina. Tymczasem bolszewicy musieli wykryć moje wypociny, które błyszczały naturalnym kolorem sklejki (nie pomalowano ochronnie, ani mnie ani szefowi nie przyszło to do głowy).

Pewnego dnia – nalot i po moich przeszło rocznych wypocinach, zostały tylko smutne strzępy. Właśnie, mniej więcej, w tym czasie zacząłem kombinować jak zwiać od swojego szefa Ausena, aby z nim nie jechać pod bomby i oto znowu szczęśliwy traf mnie zastaje w firmie „Grosse Herres Baudienstatelle”, gdzie pracowałem, przypomnieli o mnie, no bo były obliczane wykonane roboty i wyliczenia z użytych materiałów. Podpowiedziałem byłemu szefowi aby mnie z powrotem zabrał od Ivara Austena, co natychmiast uczynił. Ivar Ausen niechętnie, ale się zgodził z warunkiem, że po dokonaniu rozliczeń, znowu będę dalej u niego. Tymczasem było gorzej, nikt mnie nie usiłował przeszkalać, odwrotnie ponaglali by przyśpieszyć. Na moją niedolę pracował lojalnie zawzięty Litwin o dziwnie arystokratycznym nazwisku Wyszomirski. Był niskiego wzrostu i zdechlak w średnim wieku. Nie wiem dlaczego, ale mnie on nie lubił. Nie wiem skąd on wiedział, że u mnie z magazynów sporo ukradziono, że mnie przy rozliczaniu musi zabraknąć, a o to mu chodziło, aby mnie skompromitować albo jeszcze gorzej mnie dopiec. On właśnie został wyznaczony, aby ja przed nim wykonał rozliczenia. Zwykle szliśmy na teren koszar gdzie były wykonane roboty, gdzie razem z nim spisywaliśmy i obliczaliśmy wykonanie roboty, a po tym zasiadaliśmy gdzieś w pomieszczeniu i układając długie formułki – podliczaliśmy. Zwykle ten pan Wyszomirski stale spał nawet stojąc i natychmiast zasypiał jak tylko przysiadł. Zwykle siadaliśmy i sprawdzaliśmy wyszczególnione roboty, po tym szliśmy na teren i na wyrywki sprawdzaliśmy pewne partie robót. Ale nie zawsze tak było, on siadał i ja siadałem i rozkładałem przed nim wyszczególnienie robót o on natychmiast zasypiał, a ja wstawałem i szedłem do kierownika robót, który po mnie nastał po moim odejściu do Ausena. Był to niemiecki architekt i nie wiadomo dlaczego będąc w sile wieku nie był na froncie, a dekował się na budowie. Lubił wypić i zawsze w biurku miał pół litra wódki i szklanki. Ja przychodziłem do niego (no bo raz on mnie zaprosił na „dymka”) on zwykle częstował „dymkiem” (pół szklanki wódki) i po tym milczeliśmy, albo rozmawialiśmy na migi.   

Tymczasem Wyszomirski słodko spał, bo musiał, gdyż pewnego razu przyznał się, że żona mu nie daje po nocach spać, a trzeba wiedzieć, że żona jego była chyba o pół metra wyższa i chyba ważyła dwa razy tyle co mężulek – nic dziwnego, że ledwie chodził i ciągle spał. Ale przyszła kolej rozliczenia się ze szkła. Na moje szczęście pomogły mnie dwa bombardowania niemieckie i bolszewickie, były więc wstawiane szyby dwa razy, pierwszy raz kiedy szklili bolszewicy po niemieckim bombardowaniu, a drugi raz kiedy szkliłem ja po bolszewickim bombardowaniu i właśnie z tego drugiego szklenia musiałem się wyliczyć przed Wyszomirskim. Były też szyby nie wybite, gdzie kit był twardy co dało się stwierdzić próbując twardość ołówkiem, zaś kit po oszkleniu przez bolszewików i kitowanie moje były miękkie. Ja naturalnie, aby wyliczyć się z kradzionego szkła (a brakło chyba ze dwa wagony) spisywałem szyby swoje i szyby wstawione przez bolszewików. Tak się złożyło, że musiałem policzyć szyby w koszarowym bloku, na którym były pewne znaki z których należało domyślać się, że tam była chemiczna broń. Ja mając nienieckie upoważnienia śmiało zbliżyłem się do tego bloku, zacząłem liczyć z daleka szyby, kiedy w pewnym momencie wyskoczył Niemiec i zaczął wrzeszczeć raus! raus! Ja mu chciałem pokazać dokument a on mnie tylko raus! raus! Skierowuje pistolet i wali do góry. Ja naturalnie szybko rejterowałem stamtąd pocieszając się w duszy, że będę mógł i tam policzyć brakujące szkło. Po sprawdzeniu wykazu szyb pan Wyszomirski poszedł sprawdzać naturalnie ze mną. Chodził wtykał ołówek w kit jak kit był miękki liczył, jak twardy nie liczył i tak posuwaliśmy się do tego zastrzeżonego gmachu. Dalej ja nie poszedłem, a dlaczego powiedziałem to jemu, a on powiedział, że z nim tak nie zrobią i poszedł sam, a ja przezornie odszedłem na boczek – w pewnym momencie wyskakuje Niemiec i krzyczy raus! raus! – Wyszomirski mu tłumaczy, ze on służbowo, a Niemiec wyjmuje pistolet i wali do góry, wtedy Wyszomirski co tchu ucieka i tego już dnia odechciało mu się sprawdzać – zdenerwowany poszedł do sztabu, a ja wstąpiłem do Niemca architekta dostałem „dymka”, wziąłem tam przechowywaną wędkę i poszedłem tuż obok na wodę moczyć robaka. Naturalnie wyliczenia Wyszomirski sprawdził i podpisał i w ten sposób zostałem na czyściutko rozgrzeszony. Naturalnie do Ausena na front nie pojechałem i nie długo byłem bezrobotnym.

 

Nikodem Gardło - warsztaty w Wilnie

Litwin Nikodem Gardło kupił od Niemców pożydowskie warsztaty, gdzie fabrykował narzędzia rolnicze. Warsztaty były rozebrane – w proszku. Naturalnie N. Gardło nie miał pojęcia co z tym zrobić, ale jak ja mu wpadłem w oko jako bezrobotny to długo nie namyślając się polecił mnie zorganizować z tego jego proszku – warsztaty i dalej robić – coś produkować. Ja się zgodziłem i oto już montują tokarkę, szlifierkę, wiertarkę, ognisko kowalskie i raz dwa i już coś robię. Gardło tymczasem zadbał o zamówienia i pewnego dnia przywieziono kupę na surowo odkutych osi do ciężkich wozów konnych i odpowiednie ilości odlanych i wytoczonych konusowo buks do tych osi. W między czasie trafiłem na bezrobotnego z rodu szlacheckiego Edwarda Erdmana szwagra hrabiego Jeleńskiego. Biedny Edzio został wydziedziczony ze swoich dziedziczonych pieleszy, ale chłopiec miał rozum i ukończył wydział mechaniczny technikuma i był zdolnym technikiem i biedak od razu się wziął do toczenia tych osi i tak pracowałem z nim przez pewien czas, aż N. Gardło znalazł fachowca byłego instruktora szkoły rzemieślniczej.

 

Gudzinskas i jego ZIS-105

Ja tym czasem miałem na widoku inną pracę. Znowuż przedsiębiorczy Litwin pan Gudzinskas szukał kierowcy do swojego ZIS-105, którego gdzieś wyciągną z rzeki.  Zgodziłem się na „szofera” ale muszę doprowadzić ZIS-105 do porządku. Mój przyszły szef podjął się dostarczyć drzewo opałowe do piekarń w Wilnie swoim ZIS-105. Ten mój nowy szef, chłop sprytny i nie głupi, skombinował tak ażeby jego ZIS – zamiast trzech ton ładunku brał znacznie więcej ale dla tego zupełnie słusznie skombinował dodać do resor po jednym piórze, a burty nadbudować co najmniej na pół metra, ażeby móc ładować drzewo wyżej niż normalnie. Znalazłem gdzieś koło koszar przedwojenną sanitarkę wojskową, która miała szoferkę na całą szerokość wozu z dużymi szybami. Kazał odciąć cały ten przód od tej sanitarki, wyrzucił ze swego ZIS-a fabryczną wąską kabinę i zamiennie wstawił to odcięte od sanitarki i zrobił tak, że każdy kto patrzył na ten samochód zwykle głupiał no bo podwozie i maska ZIS-a a kabina licho wie jakie? Ale oto resory wzmocnione i samochód cały wypolerowano – był jak nowy i jedziemy w próbną podróż. W ciasnych żydowskich ulicach jechał w naszym kierunku pijany woźnica na ciężarowym wozie. Nie wiadomo co mu się stało, konie zaczął okładać batem i po chwili dyszel wywalił nam szybę i wlazł do kabiny. Ja wycofałem ZIS-a i byłem pewny, że mój szef, który siedział koło mnie nie daruje woźnicy tej szyby, ale jak już zaznaczyłem był mądrym optymistą, machnął ręką i kazał jechać do szklarza. Taka była pierwsza próbna jazda.

Po wstawieniu szyby wyruszyliśmy któregoś dnia w pierwszy rejs po drzewo do podbrzuskich lasów gdzie były wykupione sztaple drzewa opałowego. To drzewo było ułożone w zagrodzie gajowego, do którego od razu zajechali „ogrzać się”. Na ogrzewanie się składał pół litra czystej i jajecznica po 5 jaj ze słoniną i kiełbasą. Muszę z pewnym opóźnieniem wyjaśnić, że Szef mój Ponas Gudzinskas kazał siebie nazywać dyrektorem, a brata swojego Jurgasa przydzielił mnie jako pomocnika dla mnie. I tak zanim rozpocząłem ładowanie uprzątnęliśmy swoje jajecznice i te pół litra. Ja zawsze dostawałem pełną szklankę bo mój dyrektor bał się ze mną jechać kiedy nie wypiłem. Jemu się zdawało, że jadę bardzo po kawalersku, a wiedział o tym, że jak ja wypiję nawet kufel piwa to jadę jak z sakramentem bardzo ostrożnie i faktycznie tak ze mną zawsze było kiedy jechałem samochodem czy motocyklem więc istotnie jechałem pewnie, sprawnie i odważnie bo miałem wprawę. Jeśli jednak wypiłem cokolwiek alkoholu, więc wiedziałem, że chociaż nie jestem pijany, to jednak już inaczej widzę i reaguję, że chcesz czy nie – chociaż ale fantazja ponosi i zdają z tego sprawy ja nigdy nie jechałem tak jak na trzeźwo, zawsze panowałem nad sobą i nigdy nie pozwoliłem, na jakieś brawurowe jazdy, dla tego nigdy przez całe życie nie miałem wypadku.

O tej mojej wstrzemięźliwości w wypadu wypicia wiedzieli koledzy, znajomi i bodajże cały powiat i tu muszę stwierdzić, że odpowiednio na moją jazdę reagowali. Kiedy ja zwykle motocyklem (wolałem zawsze motocyklem niż samochodem, a samochodem jechałem z komisjami) musiałem przyjechać na posiedzenie Rady Gminnej, to nikt nie chciał siąść na tylne siodełko, kiedy po posiedzeniu jechałem do knajpy na umówiony obiad, bo wiedzieli, że jadę bez alkoholu [na trzeźwo]. Ale po obiedzie każdy się pchał, aby go po drodze podwieźć do domu, bo wiedzieli, że wtedy (po obiedzie) jadę ostrożnie.

Mój dyrektor Gudzinskas szybko o tym się przekonał dlatego dla własnego bezpieczeństwa podsuwał mnie szklaneczkę czystej. Po taki skromnym śniadanku, braliśmy się do roboty. Sam pan dyrektor zdejmował kożuch, to robił jego brat – naturalnie i ja i aż się kurzyło jak leciały polana na wóz i w trzy miga wóz był załadowany. Ruszyliśmy w drogę i za niecałą godzinę byliśmy w mieście lawirując wąskimi krętymi uliczkami usiłując dostać się do piekarni, które zawsze były gdzieś tam w jakimś ciasnym kącie. Po wyładowaniu zawsze dostawaliśmy po bochenku chleba (tak było ustalone, no bo z chlebem nie było łatwo – kolejki i to nie zawsze). W zimie dzień krótki tak, że zaledwie mogliśmy zrobić dwa kursy. Ale Panas Gudzinskas nie po to miał ZISa-105 aby wozić drzewo! Miał i inne szalone kombinacje. Po zaopatrzeniu piekarni w opał – wyruszyliśmy na Litwę po bekony. Szef mój miał rozległe znajomości i stosuneczki zwłaszcza wśród branży handlowej i oto pewnego dnia kazał mi jechać przez miasto i zatrzymywać się przy pewnych sklepach. Wpadał do takiego sklepu, naturalnie do swoich znajomków, zgarniał z szuflady nie licząc jakie były pieniądze, zawijał to do gazety i kazał właścicielowi sklepu zapisać na gazecie swoje nazwisko, całą paczkę wciskał do obszernej teczki i szybko wsiadał do samochodu i jechał tak do następnego sklepu, gdzie to się powtarzało co i w poprzednim i tak po splądrowaniu kliku sklepów nareszcie jechaliśmy w teren.

Zwykle ten upatrzony teren był nieco z dala od Wilna, gdzie kupowaliśmy bekon po 7 marek, a w Wilnie sprzedawaliśmy po 28 marek. Kiedy dojeżdżaliśmy do zamierzonej wsi to mój dyrektor wychylał się po otwarciu szyby i wołał do napotkanych przechodniów, aby do chałupy takiego a takiego przywozili oprawione już bekony i informowali o tym innych. Wreszcie wjeżdżaliśmy na podwórze upatrzonego gospodarza naturalnie znajomego mego dyrektora. W chałupie przedstawiał mnie gospodarzowi mówiąc „a to mój szofer i inżynier” musicie go szanować i od razu zamawiał jak zwykle jajecznicę i piwo, które zawsze było u każdego Litwina, naturalnie swojej roboty. Mnie dawał teczkę wypchaną tymi paczkami zabranych pieniędzy i kazał policzyć i posegregować wg zapisanych na opakowaniu nazwisk. Naturalnie robiłem to po posutej kolacji no bo zwykle przyjeżdżaliśmy na wieczór. Po kolacji szef szedł gdzieś i do kogoś na wieś, a ja segregowałem brudne banknoty. Naturalnie, mieliśmy zawsze luksusowe spanie. Z rana znowu obfite śniadanie i po pewnym czasie braliśmy się do roboty, no bo oto ktoś już na saneczkach przywoził dwa ładnie oprawionych bekony.

Dyrektor z bratem kładli na przygotowaną już wagę bekony, ważyli, podawali mnie wagę, ja obliczałem należność, płaciłem gospodarzowi i zapisywałem do zeszytu, a te dwa bekony wędrowały na zaścielony słomą ZIS-105. Za chwilę znowu ktoś przywoził i ta sama manipulacja powtarza się i tak trwa prawie przez cały dzień. Zwykle kupowaliśmy koło 30 bekonów, bo mniej więcej tyle właziło na ZIS. Po takim komplecie czasem jechaliśmy z powrotem w nocy, ale czasem nocowaliśmy i jechaliśmy dniami. Po przyjechaniu do miasta zatrzymywaliśmy się tuż koło kwatery Gestapo, bo obok mieszkał mój dyrektor. Dawał mnie latarkę, aby świecić i oślepiać przechodniów ażeby nie widzieli jak mój szef łapał za nogę bekon w 80 kg i taskał na trzecie piętro do siebie na mieszkanie, brat mu też pomagał a po wyładowaniu zwykle 6 bekonów jechali do tych, u których zabierał pieniądze, gdzie znowuż wyładowywał kilka bekonów i tak aż do skutku.

Pewnego razu mało nie oberwałem – stoję z latarką obok ZIS-a, dyrektor taska na górę bekony – w pewnym momencie widzę (chociaż było ciemno, bo zaciemnienie), ale żandarmi którzy nadchodzili na swoich blachach co noszą na piersi, są w nocy świecące. Struchlałem, ale co było robić musiałem im na chwilę zaświecić. Zaczęli coś wrzeszczeć, czego ja nie rozumiałem, ale zacząłem czapką przed nimi się kłaniać i przepraszać, na szczęście uspokoili się i poszli dalej. Były i inne przygody, gdzie mnie gonili, albo parę razy i na szosie miałem cholerne przygody.

Była na szosie holelód [gołoledź], jechałem powoli środkiem szosy, ale w pewnym momencie nadjechałem na stojący na szosie cały tabor ciężarówek, gdzie słyszałem odgłosy czeskiej mowy to znaczyło, że kierowcami byli Czesi. Oni stali właśnie na środku jezdni, musiałem więc koło nich przejechać boczkiem. Po przejechaniu boczkiem chciałem znowu jechać środkiem, przy tym manewrze ZIS mój poślizgnął się stanął w poprzek szosy i przednimi kołami wjechałem do niegłębokiego stosunkowo przydrożnego rowu. Wyskoczyłem z kabiny, aby zbadać sytuację, ale też i pepiczki też nadeszli zobaczyć co się stało. Zaczęli mnie besztać, ale nie za bardzo bo wiedzieli, że holelodz [gołoledź] była paskudna. Na moje szczęście spostrzegłem, że pod małą warstwą lodu widać gołą nie zaśnieżoną jezdnię i to mnie uratowało. Pepiczki chociaż łajali, ale byli gotowi mnie pomóc, ja jednak zapewniałem ich, że sobie poradzę i tak się stało – wlazłem do kabiny, zapuściłem silnik, włączyłem wsteczny bieg, koła zaczęły się ślizgać, rozgrzały cienką warstwę lodu uzyskując tarcie mocne o jezdnię twardą i powoli wyciągnąłem przodek z rowu, który na szosie znalazł się nie w kierunku jazdy, ale odwrotnie. Postanowiłem uciekać szosą z powrotem – już ruszyłem kiedy pepiczki zapytali co wiozę, ja zaś im powiedziałem, że pojadę do wstecznego pierwszego skrzyżowania dróg, aby nawrócić i jak wrócę to im pokarzę i powiedziałem, a raczej pokazałem pod brodą, że będzie sznaps. Oni zadowoleni zostali, aby na mnie czekać, a ja nie zatrzymując się pojechałem od nich jak najdalej. Zatrzymałem się na pagórku skąd ich widziałem. Dość długo na mnie czekali, ale zrezygnowali i pojechali. Ja też po odczekaniu co najmniej z godzinę też ruszyłem i na szczęście już ich nie dogoniłem. To pierwsza przygoda.

Druga przygoda była jeszcze bardziej niesamowita, raczej niebezpieczna. Jechali my w kierunku na Kowno po nieznajomej trasie, w pewnym momencie widzę, że zjeżdżam ze stromej i długiej góry. Naciskam na hamulec, który zwykle w ZIS-ie nigdy nie były pewne (mechaniczne) nic z tego, samochód rozpędza się, hamować silnikiem też już za późno, na dodatek była holelodz [gołoledź], a po tym nie duży śnieg, więc jezdnia cholernie śliska. Co miałem robić?! Trzymam mocno kierownicę i cięgle sygnalizuję klaksonem. Efekt taki, że ci którzy jechali tak jak ja z góry ale z hamulcami i ci co jechali na spotkanie, zaczęli gwałtownie uciekać z drogi, bo wiedzieli naturalnie o co chodzi, a mój ZIS leciał podskakując na wybojach tylko wiatr gwizdał i nareszcie ZIS mój zatrzymał się bo się skończył ta piekielna góra. To była druga przygoda z ZIS-em i w ogóle w moim życiu, więcej takich przygód w życiu nie miałem. Dobrze się pracowało z Gudzinskasem, ale bardzo niebezpiecznie, gdyby Niemcy złapaliby z pełnym wozem bekonów to już było by po mnie. Na własne oczy widziałem jak kierowcę zbili za 30 kg masła i jak go skrwawionego na karabinie przewieszonego wnosili do Gestapo. Ja parę razy odmawiałem jechać po bekony, ale Gudzinskas zawsze potrafił mnie namówić i znowuż jechaliśmy.

Kiedy woziliśmy do piekarni drzewo, to zawsze mieliśmy w szoferce po dwie szklane butle, większą na mleko, a mniejszą na śmietanę. Zawsze wioząc drzewo wpadaliśmy gdzieś do znajomej gospodyni, gdzie kupowaliśmy mleko, śmietanę, masło i jaja za co on zawsze płacił. Za nim zacząłem u niego pracować, w domu miałem (naturalnie podczas wojny) bardzo skąpo, kapusta z ziemniakami, albo ziemniaki z kapuśniakiem bez tłuszczy bez omasty. Pracując na ZIS-ie miałem w domu jedzenia w bród. Każdy dzień jak jechaliśmy po drzewo to zawsze było po pół pieczonej kury czy gęsi i zawsze zakrapiane i najczęściej jajecznica, nie odczuwałem wojny, ale mimo to musiałem z tego dobrego zrezygnować. Omówiłem mu, mimo to jeszcze jeden miesiąc jeździłem, aż wreszcie powiedziałem nie i nie. On biedak płakał prosił bym jeszcze pojechał, ale już więcej nie pojechałem mając podświadome przeczucia, stała się bowiem w końcu tragedia. Następca po mnie też ….. pojechał i nie wrócił, przepadł on i samochód. Gudziniskas jakoś się wykręcił, ale co się stało z moim następcą mi nie powiedział zresztą ze względów zrozumiałych.

Tak się kończy moja przygoda z ZIS-em i tym samym zamyka się kolejny rozdział w moim  życiu. Następny rozdział mojego życia może nie jest tak jak poprzedni niebezpieczny, ale może bardziej urozmaicony i ciekawy.

 

Inż. Bosiacki - firma „Haus Womug” - za pracą do Mińska

Po rozstaniu się z szoferowaniem i panem Gudziniskasem znowu byłem bezrobotny, na szczęście niedługo. Inż. Bosiacki założył firmę „Haus Womug”. Zadania tej firmy były podobne do zadań jakie miał Ivar Ansen – Szwed z tą różnicą, że Ivar Ansen był pod opieką organizacji „Todt” a Bosiacki był niezależnym, chociaż podejrzewano go o wysługiwanie się Niemcom. Mnie dokooptowali koledzy z AK. Nas było sześciu, przeważnie techników. Bosiacki pchnął nas do Mińska, gdzie budowano baraki, może nie takie składaki, jakie ja budowałem u I. Ansena, ale baraki dla celów wojskowych. Skuszono nas dobrymi zarobkami, więc pojechaliśmy do Mińska. Jazda nie była przyjemna, siedzieliśmy w przedziale jak „trusie” z duszą na ramieniu, przecież wiedzieliśmy, że na tej trasie, raz po raz wylatywały transporty w powietrze. Na szczęście, bez przygód przyjechali do Mińska. Bosacki nie bardzo ułatwiał nam życie, lokalu dla nas nie zabezpieczył, musieliśmy sami szukać sobie mieszkania.

Mieliśmy też szczęście, no bo nam się udało nareszcie zdobyć „dach nad głową”. Dom jak dom, w Mińsku wszystkie domy wyglądały niewesoło, bo od roku 1917 kiedy domy przeszły pod opiekę państwa, palcem bowiem nie ruszono ażeby remontować czy odświeżyć elewacje. Naturalnie wygląd wewnętrzny domów był nie lepszy. My trafiliśmy do domu „bogatego” bo w tym domu były mieszkania „burżujów”. Istotnie mieszkanie ośmiopokojowe z łazienką i WC, duże okna, wysokie sufity i ładne (kiedyś były) piece kaflowe. W tym ośmiopokojowym mieszkaniu mieszkało dziesięć rodzin, to znaczy dla jednej rodziny przypadał jeden pokój, ale i łazienka była też „zamieszkała” więc o kąpieli nie było mowy. My zamieszkaliśmy w jadalnym pokoju, a przyjęła nas kobieta, która miała dwoje dzieci, a męża na froncie. Pokój był dość spory, a w nim łóżko i coś w rodzaju szafki i stolika, no i parę zydelków. My w sześciu spaliśmy na podłodze, naturalnie po zdobyciu gdzieś trochę słomy. Kobieta gdzieś pracowała a synalkowie sześć – osiem lat, cały dzień bawili się na mrozie. Dziwne były te dzieci, rumiane, pucołowate w czapkach „uszatkach” cały dzień ciągali na pagórek sanki, a potem zjeżdżali w dół i tak cały dzień. Co jedli, jak się odżywiali, nie winem. Usiłowałem zbadać, ale nic z tego, albo matka miała źródło lepszego odżywiania, albo naprawdę było tak jak my widzieliśmy. Bosiacki jednak zorganizował nam gorącą zupę, więc jedliśmy na budowie i mogliśmy sobie wziąć do domu. Zupa była nie najgorsza, bo nawet pływały ochłapy mięsa, które można było zjeść. Każdy z nas gdzieś zdobył blaszkę po oliwie i taskał tą zupkę do domu. Usiłowaliśmy przysłużyć się kobiecie i dzieciom, proponując naszą zupę. Owszem nie odmawiała – brała jadła sama i karmiła dzieci.

Nam się zdawało, że tej biedzie jaką odczuwało się w Mińsku, nasza zupka musiała smakować. Niestety nic z tego, jadła ona i dzieci ale bez entuzjazmu i niewiele. Byliśmy pewni, że ona jada tam gdzie pracuje, ale dlaczego dzieci nie są głodne? Kobieta dla maluchów wciąż coś pitrasiła, ale co? Owszem gotowała ziemniaki w mundurkach i dostawała gdzieś z kąta kwaśną kapustę. Na dwóch spodeczkach kładła po obraniu po trzy kartofelki a na dwóch drugich spodeczkach układała trochę kapusty. Maluchy brały w lewą rączkę kartofelek, odgryzały kawałeczek, a prawą rączką paluszkami brały szczyptę kapusty i w ten sposób zjadali, innego „menu” myśmy nie widzieli. Naturalnie, aby mieć jakie takie wygody, musieliśmy zadbać o nie. Słomę na barłóg już mieliśmy, zupę przynosiliśmy, przynosiliśmy też w kieszeniach węgiel, żeby było ciepło. Raz jakoś było aż za ciepło. W nocy obudziłem się czując jakiś swąd, od razu domyśliłem się, że nasza chaziajka zamknęła za wcześnie „wjuszkę” (zasuwa komina), a więc śmiertelny czad przedostał się do pokoju. Zrobiłem alarm, pootwierałem drzwi i okno, ale czad już swoje zrobił, zaczęły się torsje, wymioty, ale właśnie tymi wymiotami i skończyło – uratowałem wszystkich.

Oświetlenie mieliśmy mizerne, w kałamarzach po atramencie zatkanych surowym ziemniakiem, przez który przeciągnięto bawełniany grubszy sznur. Sznurek ten jednym końcem był zanurzony w tym kałamarzu z naftą, a drugi zapalano i ot było takie oświetlenie – nazywane „wilczym okiem”. Nas to irytowało, kombinowaliśmy coś lepszego i wykombinowaliśmy. W mieszkaniu była instalacja elektryczna, bo była rozdzielcza tablica i licznik, ale prąd wyłączony – Niemcy wyłączyli. Jeden z nas był elektrykiem, więc raz dwa i światło mieliśmy. Całe osiem pokoi było oświetlonych, z tym że naturalnie okna musiały być zaciemnione. Mieliśmy swoje światło, dwieście, pięćset watówki (dobyliśmy), także było nie tylko światło, ale i ciepło. Do roboty wychodziliśmy jak jeszcze było ciemno (zima). Każdy z nas miał siekierkę (ostrą) i ręczną piłkę „fuksa”. Udawaliśmy zimmermannów [cieśli]. Budowaliśmy barak, naturalnie więcej grzaliśmy się przy ognisku, na którym spraliśmy co lepszy materiał, ale jak nadchodził szef, to się waliło w deski, aż echo się rozchodziło. Potem ciepła zupa i do barłogu, wieczory nie były smutne, bo tak się złożyło, że w całym naszym mieszkaniu byli Polacy, a jeśli nie Polacy to wrogo do nas nie byli usposobieni. Zwykle wieczorem, przychodzili do nas ciekawi dowiedzieć się jak było u nas w Polsce. Opowiadaliśmy im, a oni po upewnieniu się kim jesteśmy zaczęli „śpiewać” i nam.

Zadawali nam bardzo dziwne pytania, jak na przykład wiele wolno było kupić masła. Odpowiadaliśmy „a chociaż by cały wagon”. Jak to wagon? A tak, masła było sporo i nikt nie bronił kupić dowolną ilość. A wiele było wolno kupić ubrań? Też wiele kto chciał? Nie do wiary, nie do wiary i czy nic złego nie czyniono temu kto kupował sporo ubrań. Nie do wiary?! Opowiadali też, jak i u nich było, a było kuso. Nie było mowy o maśle, o ubraniach. Owszem były tak zwane „pajki” to znaczy karty żywnościowe, ale aby żyć tego było za mało, więc istniał handel, gdzie przedmiotem handlu były obierki z ziemniaków, a mąkę, kaszę sprzedawano kieliszkami. Powszechne „menu” było tak jak dla tych maluchów naszej gosposi tzn. ziemniaki z kapustą, albo kapusta z ziemniakami, ale i to „menu” też się urozmaicało, bo na przykład z rana było śniadanie, ziemniaki z surowa kapustą, a na obiad kapuśniak z ziemniakami, wieczorem też była jakaś kombinacja ziemniaków i kapusty. Jeśli chodzi o ubranie, to było szablonowe. W zimie „watówka” zwana tam „woszoprudka”, portki też watowane, czapka uszanka, buty z cholewami z brezentu tzn. „kirzowyje”. Koszula – majka tzn. taka jak u nas podkoszulka, bluzka drelichowa i jakieś tam gacie. Kobiety lepiej miały, często się widziało nawet ładne futerko, długości w „pół” czy „trzy ćwierci” naturalnie miechem na zewnątrz.

Czapki też często z tego futerka, co i futerko, a w zimie często zamiast „korzowych” butów miały „pimy” tzn. „sztywne walonki” i pomalowane na różne kolory, także niewiasty całkiem ładnie i bogato wyglądały. Naturalnie taki ubiór był świąteczny, albo pracownicy umysłowej. Kobiety robotnicy chodziły po męsku „watówka” i watowane portki. Naturalnie latem zamiast „watówek” zastępował zielonkawy (khaki) kolor drelichy. Monotonia straszna, czy ubranie oficera, żołnierza, cywila, kobiety, czy dzieci zawsze miały takie same guziki. Duże tam gdzie muszą być duże, a małe tam gdzie małe. Na guzikach była (blachy) wytłoczona gwiazda i guzik zawsze był pomalowany dla wojskowych zielonym, a dla cywili czarnym kolorem, ale i dla cywili mógł być też zielony, innych guzików nie było, nawet i u niewiast. Niewiasty jednak dostawały „burżujskie” guziki, ale to źle widziano.

Wracając do wieczorowych pogawędek trzeba było podziwiać ich zachowanie. Wyraźnie wyczuwało się niechęć do swojej „władzy” i nienawiść do Niemców, ale nikt i nigdy nie powiedział za wiele. Nic dziwnego, przez tyle lat żyło się ze strachem, że „ściany uszy mają” tak też i na naszych pogawędkach wyczuwało się, że jest coś więcej do powiedzenia, ale „ściany uszy mają”. Wierzyli nam i nie wierzyli, bo nauczeni doświadczeniem nie mogli zachować się inaczej. Czasem jednak ktoś odważniejszy coś więcej powiedział niż zamierzał, właśnie w przypływie szczerości. Pewnego razu padło pytanie „czemuście nie przyszli nas wyzwolić, bo my ciągle czekali i byli pewni, że przyjdziecie?”. Trochę nas to zaszokowało, więc powiadamy, że przecież gdzie nam do waszej potęgi?! Z kolei ich to zaszokowało, bo szczerze przyznali, że ich „potęga” nas Polaków zawsze strasznie się bała i spodziewali się, że Polacy przyjdą po ich Mińsk. Dalej usiłowaliśmy zapewnić, że Polska nigdy nie miała zamiarów zabierać Mińska, zdając sobie sprawę o niewspółmiernej przewadze Związku Radzieckiego. Chcieli koniecznie dalej na ten temat rozprawiać i między innymi padło pytanie, dlaczego więc taka „potęga” cofa się przed Niemcami i Niemiec podszedł pod Leningrad, pod Moskwę i teraz pcha się pod Stalingrad? Ja zabrałem głos i objaśniłem, że Związek Radziecki ma dwóch dzielnych generałów – generał „Mróz” i generał „Dal”. Generał „Mróz” wiadomo kim jest, na terenie Europy bywa przeciętnie -30°C, a na terenie Azji -60°C. Generał „Dal” to nic innego, od wyrazu daleko tzn. „daleko” jest w kilkanaście tysięcy kilometrów, więc tą nieskończoną dal i przestrzeń nazwaną generałem „Dal”. Tego generała „Dal” jeszcze nikt nie „pokonał” Francuzi próbowali, poszli za daleko i musieli uciekać. Piłsudski poszedł pod Kijów też trochę za daleko i musiał uciekać, Związek Radziecki też poszedł, aż pod Warszawę i też musiał wracać. Obecnie dzieje się to samo, generał „Dal” pozwolił Niemcom pójść pod Leningrad, pod Moskwę i pod Stalingrad, a dalej stop, generał „Dal” zabronił dalej iść, bo i tak już było za daleko. Generał „Dal” dobrze wiedział, że jak Niemiec pójdzie w dal to wreszcie będzie miał szalone trudności z transportem broni, amunicji i zaprowiantowania.

Transporty kolejowe na tak długich liniach kolejowych były po drodze „wysadzane” w powietrze i do wojska nie docierały. Hitler wobec tego woził samolotami pomarańcze, ale pomarańczami nie nakarmisz?! Do akcji wszedł i generał „Mróz”. Niemcy marźli chociaż nosili damskie futra. Te moje tłumaczenia uznali za słuszne, gdyż ich zastanowił fakt, że Niemcy szli jak na paradzie pod Moskwę, Leningrad, Stalingrad, a dalej ani rusz, tzn. tak chciał generał „Dal”. Zapewniłam ich, że niedługo, a Niemy będą wiać. Te zapewnienia były „wieszcze”, no bo istotnie pod Stalingradem okrążenie i już Niemcy zaczęli „wyrównywać” front. Na skutek tych niepowodzeń pod Stalingradem, wstrzymano budowę baraków, a wieczorem zebrani na pogawędkę, patrzyli na mnie jak na dziwoląga, na kogoś kto spełnia jakąś bardzo poważną misję, No jakim sposobem ja wiedziałem, że Niemcy pod Stalingradem dostali łupnia, że z góry o tym wiedziałem i zapowiedziałem?! Wśród zebranych naturalnie należeli do konspiracji i próbowali, abym się przyznał kim jestem i kogo reprezentuję. Tak czy owak zgodzili się ze mną i przyznali mnie rację, że generałowie „Mróz” i „Dal” to jest potęga nie do pokonania.

Z tymi przekonaniami musieliśmy ich pożegnać, bo niestety roboty nie mieliśmy, a Pan Bosiacki owszem zapłacił, ale nie tyle co musiał, tak wróciliśmy do domu, na szczęście szczęśliwie no bo nasz „eszelon” nie poleciał z kolejowego nasypu.

 

*****************************************************************************************************************************************

[Zatrzymany byłem przy tzw. „łapance” polskiej ludności na wywóz do robót przymusowych w Niemczech, jednak przy transporcie udało mi się uciec i z dniem 1 maja 1944 roku zmuszony byłem ukrywać się na terenie powiatu, w majątku Glinciszki, gdzie byłem nocnym stróżem w sadzie.]

„Życiorys” fragment, Gdańsk, 15.12.1952 r.   - Archiwum Politechniki Gdańskiej

****************************************************************************************************************************************

 

Ucieczka do majątku Glinciszki

I oto znowu jestem bezrobotnym i muszę iść do arbajcantu [Arbeitsamt] zarejestrować się. Przeczuwając „werbunek” i wywiezienie na roboty do Niemiec – uciekłem z rodziną z Wilna na głęboką prowincję do majątku Glinciszki, własności hrabiego Jeleńskiego, gdzie gospodarował mój kolega powiatowy, agronom Edward Żywicki. Majątek ten był przeznaczony dla niemieckich oficerów, bohaterów orderów „ajzenkraje” [Eisernes Kreuz] z diamentami. Cała załoga robotnicza została dalej w tym majątku, a hrabia z żoną zawczasu wyjechali. Majątek był doskonale zagospodarowany i bardzo uprzemysłowiony, gorzelnia, cegielnia, tartak, olbrzymia obora pełna krów, w chlewach sporo trzody naturalnie konie, ładne rybne jezioro. Piękny pałac w stylu zapewne jego właściciela hr. Jeleńskiego, piękny stary park. Służba i fornale mieli w czworakach zupełnie przyzwoite mieszkania. Był piękny duży sad i spora pasieka pszczół. Okazało się, że w majątku było więcej ludzi niźli było u hrabiego Jeleńskiego. Dlaczego? Obecny kierownik majątku Pan Żywicki przygarnął sporo kolegów czy znajomków i to przeważnie do niedawna – dygnitarzy, którzy nie bardzo chcieli spotykać się z Niemcami. W tej liczbie „gości” byłem i ja, chociaż nie byłem dygnitarzem. Prócz mnie było parę naukowców, starosta i kilku innych panów, którzy nie chcieli „ujawnić” się kim są. Naturalnie musieli coś robić – ktoś szedł do tartaku, do gorzeli, czy cegielni i tam udawali, że coś robią. Ja byłem nocnym stróżem w sadzie (8 hektarów). Czynnością moją było przeważnie ładowanie owoców na samochód, który po załadowaniu jechał do miasta, aby te owoce „spuścić”. Więc w nocy pracowałam, a w dzień spałem, a jak nie spałem to ryby łowiłem. Przyjechałem do majtku z rodziną, otrzymałem w czworaku jeden pokój i tam zamieszkałem. Naturalnie wieczorem był „wieczorek” zorganizowany samorzutnie z powodu poznania mojej osoby. Między innymi dowiedzieli się, że lubię łowić ryby, więc zapewnili, że chętnie mnie pouczą, no bo oni tu robią z rybami furorę, łowiąc o takie ryby!!! Ja w duszy się pośmiałem, no bo wiedziałem, że naukowcy byli na pewno z prawdziwego zdarzenia, ale wędkarzami?! Umówiliśmy się, że następnego dnia właśnie wybierzemy się na naukę (mnie) łowienia biednych rybek. Jesteśmy już w łodzi, aby płynąć na ryby, kiedy moi „nauczyciele” achnęli jak zobaczyli moją wędkę, która była ze strojnego Tonkinu (lepszy bambus) w 6 metrów długa, z kołowrotkiem i angielskim jedwabnym sznurem.

E, Panie (ktoś zaczął) to Pan chyba już umie łowić ryby skoro ma taką wędkę? Ja bez bicia przyznałem, że nałożyć robaka na haczyk potrafię, zresztą zobaczymy czego jestem wart.Tu muszę zrobić małą dygresję, no bo chciałem i ja pouczyć swoich nauczycieli jak należy łowić ryby, dlatego wziąłem firankę (w Wilnie miałem duże okna, a więc i długą firankę). Z synem brodząc na płyciźnie złowiłem sporo małych kiełbików, które jako żywce doskonale nadawały się. Właśnie z wiaderkiem z kiełbikami wsiadłem do łodzi i popłynęliśmy w miejsce już dobrze przez Panów nauczycieli znane. Wędki moich nauczycieli to były wyrąbane w lesie brzozowe czy leszczynowe, długości +/- 3 metry, a sznury bawełniane białe, nieimpregnowane, więc łatwo mokły i były do niczego. Stanęliśmy na wyjątkowo dobrym miejscu, było głęboko na ok. siedem metrów. Od czasu do czasu wyskakiwały drobne rybki, tzn. atakowane przez okonie. Moi nauczyciele od razu założyli na haczyk robaka i już wędki zarzucone, na głębokości  około +/- 2.5 metra i naturalnie od razu były brania, brały nieduże okonki. Mnie popędzali, że marudzę, żebym też zaczął łowić. Ja jednak nie śpiesząc się sprawdziłem wędką głębokość wody przesunąłem tak jak należy spławik zasadniczy i dwa inne małe sygnalizacyjne spławiki, rozsunąłem wyżej i w ten sposób, że ten górny spławik był więcej niż siedem metrów. Dlaczego? O tym potem. Nareszcie i ja popędzany założyłem na haka kiełbika i zarzuciłem znacznie dalej od łodzi, bo miałem dłuższą wędkę. Kiełbik naturalnie poszedł na dno, gdzie były duże okonie, ja tymczasem zacząłem kręcić „bańkratkę” [tutkę] z samosieju w gazecie. W pewnym momencie duży spławik zanurzył się w wodzie tzn., że ryba wzięła, ale za pewne nie przełknęła kiełbia, bo ten trzeci górny spławik porusza się, ale na jednym miejscu i nie tonie. Moi nauczyciele zaczęli krzyczeć po co się gapię, dlaczego nie podcinam, no bo właśnie oni tak robili, to też u nich na pięć brań mogli podciąć tylko jednego okonka, no bo reszta nie zdołała przełknąć robaka. Chociaż mnie besztali, że ja ich nie słucham, że kręcę papierosa, czekałem aż zanurzy się ten trzeci spławik. I oto spławik zaczął odpływać w bok i powoli się zanurzać – to znak, że ryba już żywca przełknęła i odpływa. Ja poderwałem i koło łodzi zaczęła się walka. Duży okoń jak błyskawica, jak szalony tnie szczurem wodę i nie daje się holować. Moi nauczyciele pootwierali usta i już w milczeniu obserwowali moją z rybą walkę. Okoń jednak szybko się męczy, więc wreszcie znalazł się w łodzi, był duży, garbaty i ciężki, o pięknych czerwonych płetwach.

Moi nauczyciele dalej w milczeniu spoglądali na mnie i na okonia. Wreszcie jeden się odezwał: „Ale z Pana filutek, udawał skromnego laika, tymczasem co widzimy?! Naturalnie nie my Pana, a Pan nas będzie uczyć jak się łowi prawdziwe ryby, bo co, co myśmy łowili to tylko dla kota”. Dalej odechciało się im łowić swoimi kijami i przyglądali się jak ja koncertowałem i do wieczora wyłowiłem sześć okoni, po zwarzeniu każdy 2,5 kg. Naturalnie te okonie podzieliłem ze swoimi nauczycielami i każdy z nas był zadowolony, natomiast żony nasze czyszcząc te garby nas przeklinały, bo łuski tych krasawców były twarde jak pancerz woja. Po tym jednak wszyscy byli zadowoleni, bo okonie długo gotowane w mleku, są doskonałe. Takich lekcji poglądowych było więcej i często. Czasem w nocy przychodzili do nas z lasu goście i kazali załadować na furmankę co większego wieprza (właśnie z tych, których hodowaliśmy dla Niemieckich bohaterów). Naturalnie było sporo hałasu i krzyków i popędzania pepeszami, naturalnie dlatego, ażeby byli świadkowie, że dobrowolnie wieprza nie dali. Pohałasowali, wzięli i pojechali. Niemcy nie pozostawili nas (majątku) bez opieki. Do majątku przydzielono holendra z karabinem. Mieszkał osobno, chodził po parku z karabinem i strzelał do wron. Był zawsze pod rauszem, gdyż zawsze do jedzenia przepijał rozwodniony spirytus. Zwykle mało mówił i nikomu krzywdy nie zrobił, a pewnego razu był opatrznym obrońcą nas wszystkich, a było to tak!

 

Mord w Glinciszkach

W Jaszunach (dwie stacje od Wilna) polska partyzantka przyłapała dwie kompanie Litwinów tzn. „Szaulisów”. Rozebrali Litwinów z mundurów i spodni, a zostawili w gaciach z poodcinanymi guzikami, tak że dwie kompanie chłopa trzymały gacie w „garści”. Wsadzili ich do pociągu i skierowali do Wilna. Litwinów opanowała wścieklizna i gdzie tylko mogli to dokuczali bezbronnym Polakom. U nas takie dokuczanie stało się straszną tragedią. Pewnego dnia wczesnym rankiem przyszli do majątku Szaulisi i zamordowali czterdzieści dwie osoby, w tym kobiety i dzieci. Resztę z całego majątku spędzili do pałacu między innymi moich dwoje dzieci i dwoje dzieci mojego brata. Ja na szczęście byłem z żoną w Wilnie. Tych spędzonych do pałacu mieli też „rozwalić”, ale właśnie ten Holender uratował ich. Zaczął szczekać do Litwinów, a Litwini wiedząc kim jest nie odważyli się sprzeciwiać i uciekli, ale przedtem kazali pozostałym nie rozstrzelanym kopać wspólny grób dla zamordowanych. Po wykopaniu dołu zwalili zamordowanych, kazali zasypać po czym odeszli. Na drugi dzień już się rozniosło szeroko w okolicach, Niemcy się na Litwinów wściekli okropnie, nie wiadomo czy dlatego, że się przerazili makabrą tego mordu, czy dlatego, że im Litwini stali się konkurentami w mordach. Tak czy owak głośno wykrzykiwali, że Litwini zrobili to bez ich zezwolenia. Niemcy podobno zastrzelili porucznika, który wykonał ten mord, a morderców spędzili, kazali odkopać mogiłę i wyjmować już dość „pachnących” trupów. Oprawcy w upale mdleli, ale trupy śliskie wyjmowali, a my po zrobieniu trumien i wykopaniu długiej mogiły, wkładaliśmy rodzinami do wspólnych trumien (rodzinnych) i układaliśmy rzędem w wykopanej mogile. Był ksiądz i się pomodlił nad masowym grobem. Niemcy z oprawcami odjechali. Jeden fornal Paszkowski uszedł śmierci, ale przy ucieczce został paskudnie ranny i długo się kurował. Jak się okazało, że Litwini zdali egzamin przy mordowaniu Żydów w Ponarach, ale też chwacko się popisali i przy mordowaniu Polaków. 

 

************************************************************************************************************************************************

Relacja Ireny Sławińskiej 

 

Źródło „Moi uczniowie z wojennych lat. Tajne nauczanie pod Wilnem. Glinciszki 1942-44” w: „Wilno jako ognisko oświaty w latach próby. Świadectwa o szkole lat 1939-1945”, zebrały i zredagowały Elżbieta Feliksiak i Maria Skorko-Barańska, Białystok 1991, s. 271-274.

Źródło Szlakiem moich wód..." Irena Sławińska, NORBERTINUM  Lublin 2004. Za zgodą Wydawnictwa Norbertinum.

*************************************************************************************************************************************************

 

Ucieczka Niemców

Tymczasem Niemcy już na całego uciekali przed generałami „Mrozem" i „Dalem”. Na placu na specjalnej „mapie” przesuwano chorągiewki coraz niżej, a Hitler wszczął alarm, bo się okazało, że bolszewicy oszukali ludzkość, umieszczając ciężką „industryję” daleko w Syberii. Nawoływał narody, aby mu pomogły wstrzymać nawałnicę bolszewickiej hordy. Wreszcie przyszła kolej, aby opuścić i Wilno. Wściekły kazał palić i niszczyć zanim odchodził, to też pewnego dnia przyjechało kilka ciężarówek z uzbrojonymi Hiszpanami. My już wiedzieliśmy i widzieliśmy jak palili miasteczko Podbrzezie [5 km od majątku Glinciszki], przyjechali to samo zrobić i z nami. Rozłożyli się na trawie i poprosili wody. Niewiasty zamiast wody przyniosły tylko co po udoju mleko. Łapczywie pili mleko i dziękowali. Odpoczęli wsiedli do samochodów i żegnając nas odjechali nie czyniąc nam szkody. Widzieliśmy straszną walkę nad Wilnem samolotów, ale niedługo zaległa cisza, a na drugi dzień zobaczyliśmy radziecki czołg. Naturalnie władze radzickie zaopiekowały się natychmiast majątkiem, wprowadzając swoje porządki. Zaopiekowali się gorzelnią (niezniszczoną) i sadem, z gorzeli wywieźli spirytus, a z sadu owoce. W majątku stale przebywał pluton żołnierzy pod dowództwem kapitana bandyty, którego później rozstrzelali przyłapanego na bandyckim napadzie w okolicy.

 

Znowu pod Sowietami

Ja awansowałem na „gławbucha” [księgowy] jako, że znałem język rosyjski, potem jednak przeinaczyli, żonę zaprawili do „gławbucha”, a mnie kazali zmontować gorzelnię, odbudować tartak i cegielnię. Miałem zamiar wyjechać do Polski, ale nic z tego, w jesieni kazali przyjąć ziemniaki i zakopcować dla gorzelni, a potem kazali uruchomić gorzelnię i gnać spirytus. Ja się broniłem tłumacząc, że gorzelany u nas uczył się 10 lat (9 lat niańczył dzieci gorzelanego, a 1 rok już pracował w gorzelni, aż wreszcie zostawał wyzwolony na mistrza gorzelanego). Moja nauka trwała znacznie krócej. Mnie spytali i skomentowali: „Ty inżynier, chimiju uczył - goni wodku”. Co miałem robić, musiałem „gonić wodku”. Do Polski wyruszyłem o rok później po wykonaniu kampanii gorzelanej, po wywiezieniu surówki do rektyfikacji w Solecznikach.

Archiwum Politechniki Gdańskiej 

W pobliżu majątku był „rozbity” namiot polowego szpitala, gdzie przewożeni po rannych byli chorzy na tropikalną malarię. Ponieważ nad jeziorem było sporo komarów, więc i ja zapadłem na ciężką tropikalna malarię. Atak zwykle następował o godzinie 15 po południu. Temperatura gwałtownie rosła, szalone dreszcze. Musieli na mnie złożyć kożuchy, pierzyny, ale to nic nie pomagało, mną trzęsło tak, że żelazne łóżko „chodziło” pode mną. Temperatura rosła i koło godziny 16.00 osiągała 41 z kreskami i ja zapadałem w malignę [nieprzytomność połączona z wysoką gorączką i majaczeniem], która trwała do godziny 20.00, po czym przytomniałem z poczuciem wielkiego zmęczenia i tak trwało każdy dzień przez półtora miesiąca. Lekarz przepisał cibazol, po którym malaria dała spokój i ponownie zaczęła mnie męczyć po upływnie roku ale nieco inaczej, bo męczyła mnie nie każdy dzień, lecz przez dzień. Było już ze mną bardzo źle, bo już nie mogłem chodzić, kiedy mnie odwiedził radziecki starszyna (sierżant) i oświadczył, że za pół litra mnie wyleczy. Ja mu obiecałem, że go wykąpię w spirytusie, jeśli mnie poratuje. A on był pewny swojej recepty, bo też miał coś podobnego, co i ja i raz dwa wyleczył się. Kazał mocno nagrzać wodę i posolić do przesycenia, wlać do miednicy, postawić na łóżku, i zanurzyć nogi, przy tym nakryć się czym tylko było. Zauważyłem, że ta kuracja zaczyna działać. Zwykle atak się zaczynał o godzinie 15.00, bo o godzinie 16.00 już byłem bez pamięci w malignie z wysoką temperaturą. Tymczasem minęła 16.00 wpół do siedemnastej, a ja nie zapadłem w malignę. Kazałem jeszcze zagrzać wody i dalej parzyłem nogi i tak od razu „moja miłoczka” (tak nazwali bolszewicy malarię) dała mnie spokój raz na zawsze, więcej już do mnie nie powróciła. Tymczasem skończyłem kampanię gorzelaną, wywiozłem surowy spirytus do rektyfikacji w Solecznikach. Zacząłem myśleć o wyjeździe do Polski.

Pewnego dnia zajechał przed gorzelnię wspaniały, reprezentacyjny długi samochód marki „ЗИЛ” [ZIŁ]. Wysiadło trzech towarzyszy w bardzo długich skórzanych płaszczach, co świadczyło, że takie płaszcze nosili w tedy dygnitarze sowieccy. Istotnie tak było, bo jeden z nich był dyrektorem departamentu, Ministerstwa Rektyfikacji Litewskiej SRR. Szukali „choziaina” [gospodarza] spirtzawoda, więc odezwałem się, że ja nim jestem „nam nużno pogoworyć z wami na staromke”. Zaprosiłem ich do mieszkania robiąc domysły po co przyjechali i czego ode mnie mogą chcieć?! Ja przyzwyczaiłem się do tego, że wojskowi próbowali dostać ode mnie spirytusu, ale na ten raz nie wyglądali, aby przyjechali tylko po spirytus i słusznie, im chodziło o co innego. Zasiedli za okrągłym, hebanowym pięknym stołem hrabiego Jeleńskiego i kazali też mnie siąść. Siadłem i czekałem co powiedzą. Jeden z nich bardziej okazalszy od pozostałych mocno wpatrywał się we mnie, stukał palcem po stole i zamyśleniu jak gdyby, mówił „da, da”. Po chwili jednak zapytał: wy inżynier?, odpowiedziałem „da”, poczym on znowuż wpatrywał się we mnie, znowu palcem po stale i na ten raz przytakiwał „taks, taks” i wreszcie przemówił „kak wam nie stydno, inżynier, a gonić wodku” [jak wam nie wstyd inżynierze, pędzić wódkę].

Zapytałem, co mam robić? Stroić!!! [budować] zapytałem gdzie?! „A chociaby w Moskwie, w Wilnusie”. Odpowiedziałem, że tam mnie nie dadzą „stroić”, najwyżej sprzątać gruz „po woskresnikam” [w niedzielę]. Znowu oświadczyli, że dla mnie droga jest otwarta, „my was znajem, wy choroszo robotali dla Polszy i nowiczno charoszo budziecie rabotać i u nas?!”.”Da ja by rabotał czestno i dla was no ja ujezżaju w Polszu” [Tak, ja bym szczerze pracował i dla was, no ja wyjeżdżam do Polski]. „Ostawcie waszy czemaddanyje nastrojenija, nikuda wy nie ujedziecie – transportow uże nie budziet” [Zostawcie wasze plany wyjazdowe, nigdzie nie wyjedziecie – transportów już nie będzie]. Widzę, że nie wie dlaczego przerwano ewakuację?! Przerwano po porozumieniu z komisją ewakuacyjną na czas żniw, aby umożliwić zabrać do Polski trochę zboża. Oświadczyłem im, że jednak muszę wyjechać do Polski, bo jestem Polakiem, no bo co będę robić na Litwie nie znając ich języka. „A wam i nie nużno znać etot sobaczyj jazyk, wy choroszo wladziejecie ruskim” [Nie będzie wam potrzebny ten psi język, dobrze posługujecie się rosyjskim]. „My was znajem, pro was ras kazał nam wasz ciechnik, kotoryj u nas naczalnikom ujezdnych szosejnych dorog, a wy budzicie Direktorom Departamienta Szosejnych Dorog w Ministerstwie Komunikacji Litewskiej SRR” [Znamy was, wasz technik opowiedział nam o was, on u nas jest naczelnikiem robót drogowych, a wy zostaniecie Dyrektorem Departamentu Robót Drogowych w Ministerstwie Komunikacji Litewskiej SRR]. Wziął mnie pod rękę i podprowadził do okna i pokazał na stojący na dole „ZIŁ” [ZIS/ZIŁ 110] i powiedział, „on buted waszem rasporażenii” [on będzie do waszej dyspozycji].

Produkcja modelu ZIS/ZIŁ 110 rozpoczęła się w 1945 roku,  zdjęcie z wydawnictwa "SSSR na strojkie" Agey Tomesh 2011, Moskwa

Na samochód ZIS/ZIł 110 "oferowany"  w 1946 roku panu Bolesławowi Tatarynowiczowi natrafiła Małgorzata Szymczyk we Lwowie w 1997 roku. Na zdjęciu studenci Uniwersytetu Jana Pawła II w Krakowie, których sfotografowała Małgorzata. 

Do Lwowa powróciła Małgorzata dziesięć lat później w 2007 roku. Na zdjęciu (od lewej strony) nasza przyjaciółka Gala, córka Zosia i Małgorzata oraz ciągle ten sam ZIS/ZIł 110. Zdjęcie wykonał Jerzy Karnasiewicz

Powiedziałem, że jeśli nie będzie transportów do będę „wasz”, ale jeśli transporty będą to lojalnie oświadczyłem, że wyjadę do Polski. Pożegnali mnie i pojechali przekonani widocznie, że zostanę. Ponieważ czyniłem przygotowania do wyjazdu i postarałem się o następcę do gorzelni, długo nie czekałem. Następca mój szybko się zjawił, a ja dla niego musiałem zwolnić mieszkanie. Tymczasem w porę ci moi dygnitarze przysłali właśnie tego technika, który tak mocno mnie im zarekomendował, z samochodem, aby mnie przewieźć na nowe tymczasowe mieszkanie, które mnie wyznaczono koszarce tuż na górce koło szosy, naprzeciw majątku Pikiliszki. Ten majątek był prezentem od Wileńczuków dla Piłsudskiego, a tę koszarkę ja kiedyś projektowałem (w stylu zakopiańskiem) i wybudowałem, na dole dwa mieszkania dla dróżników, a na górze „na salce” dla drogomistrza, właśnie tam na górce ja zamieszkałem, naturalnie czasowo. Miałem swoją łódeczkę i czekając na transport całymi dniami na jeziorze Pana Piłsudskiego łowiłem ryby.

 

Repatriacja do Polski

Któregoś dnia dostałem cynk, że już będzie transport. „Skoczyłem” więc do Wilna, wynająłem Żydka z Zisem 105, szybko załadowałem swoje manele i raniutko pcham do Ponar, gdzie ma być podstawiony transport. Muszę znowu zrobić dygresję i opowiedzieć, że pomimo „pędzenia wódki” prowadziłem gospodarkę jak dziedzic, chociaż nie miałem „morgów”. Po wybuchu wojny kiedy z „żywieniem” było źle, kupiłem kozę rogatą (bo są i bezrogie – łobate). Ta właśnie koza karmiła moje dzieci. Kiedy uciekłem z Wilna do Glinciszek, naturalnie zabrałem kozę, gdzie ona miała prawdziwe eldorado, bo w parku miała żarcia a żarcia. Czasem właziła na klomby przed pałacem i zjadała co najładniejsze kwiaty, ale za to dostawała łupnia. Mleka dawała pięć litrów w dzień, więc jak na kozę to była wspaniała koza. Aby nie psuła klombów, próbowałem w parku przywiązać ją na lince, ale poczciwina kiedy jej się znudziła ta linka, to tak wrzeszczała, że szybko leciałem do niej, bo myślałem, że zaplątana w lince dusi się. Nic z tego, nie zaplątana stała i bezczelnie patrzyła mi w oczy z wyrzutem, że ją tak nieludzko traktuję przywiązując na lince. Musiałem, więc puścić ją wolno. Dziwne bydle lubiło chodzić po wąskiej, wystającej wzdłuż ściany odsadzki fundamentu. Była bardzo dobrą mleczną kozą i co rok „wycielała” pareczkę koziołka i kurkę. Ja zwykle koźlaczka mieniałem na owieczkę, a kurka wyrastała i też jak jej matka miała dwojaczki. Słowem ja z tej kozy, a raczej z jej przyrostu zdobyłem ładną, czerwonej rasy krowę, też bardzo mleczną. Za te owieczki, co wymieniłem za koźlaki, dopłacając zdobyłem drugą krowę, holenderkę łaciatą. Czyniłem to, bo mówiono, że w Polsce bydło jest bardzo wyniszczone. Prócz krów miałem dwa wieprze i sporo kur. Teraz po dygresji jadę na Zisie 105, na którym stoi m.in. klatka z kurami i w pewnym momencie widzę, jak fruwają moje kury z samochodu na szosę. Klatka źle była zamknięta i kury uciekły. Zatrzymałem samochód i pozbierałem swoje kury, ale nie wszystkie, bo pouciekały w krzaki. Na samochodzie jechały wieprze, graty i rodzinka, zaś krowy pędził szosą wynajęty człowiek.

Po przyjechaniu do Ponar, gdzie jeszcze nie był podstawiony transport (czekaliśmy dwie doby) naturalnie poszedłem w las na grzybki, w obawie, że mnie dygnitarze z departamentu w ostatniej chwili „zdejmą” z transportu. Ale nareszcie podstawili wagony i ktoś wynajęty załadował moją schedę i rodzinę, no bo ja ciągle zbierałem grzybki, a kiedy wreszcie pociąg ruszył to ja wskoczyłem na brzeg z dala od mojego wagonu i tak jechałem do granicy.

 

Uratowanie Tekli Rudak

Tu znowu dygresja, bo miałem kłopot na granicy. Hrabia Jeleński poza bogatą oborą miał też bogatą chlewnię i dużo świń. Tymi świniami opiekowała się niemłoda już kobieta, nazywali ją Teklą o nazwisku Rudak. Była głuchoniema i bardzo uczciwa. Jeśli w innych majątkach służba podkradała żarcie świń, to Tekla tego nie robiła i nie dopuszczała nikogo do chlewa, nawet samego hrabiego. Hrabia znosił jej wybryki, bo właśnie była uczciwa, a świnie dobrze karmione i hrabia nie miał z nimi kłopotu. Kiedy cała służba zapisała się na wyjazd po Polski, to władze radzieckie postarały się sprowadzić nową służbę, która przybywała i zajmowała opuszczone przez dawną służbę mieszkania.

Tak się stało, że wszyscy wyrobili sobie dokumenty na wyjazd, a o Tekli nikt nie pomyślał. Pewnego dnia zobaczyłem Teklę, jak koło swojego mieszkania, siedziała zmartwiona na walizce i ze swoim tobołkiem. Zrozumiałem, że ktoś znowu przyjechał i Teklę wyrzucił z mieszkania. Kazałem jej iść do mojego. W domu ją przyjęli, bo ją lubili i te ostatnie dni przed wyjazdem mieszkała i odżywiała się u mnie. Była niesamowicie dziwną istotą, głuchoniema, a potrafiła na migi objaśnić najbardziej abstrakcyjne rzeczy, a patrząc człowiekowi w oczy czytała dokładnie jego myśli. Robiłem z nią eksperymenty, wchodziłem do kuchni, gdzie ona stale przebywała z zamiarem wziąć spod szafki siekierkę. Ja jej nie pokazywałem i nie mówiłem, a ona sięgnęła pod szafkę i podała mnie siekierkę. Dziwnie, że ją wszyscy lubili, a my szczególnie, dlatego martwiliśmy się jak ją weźmiemy ze sobą bez dokumentów. Ale postanowiliśmy i zabraliśmy. Na granicy, sprawdzanie dokumentów. Kazali wszystkim wysiąść z wagonów, a po sprawdzeniu dokumentów wsiadano do wagonów, kto nie miał dokumentów zostawał na torach. Została więc na torach moja Tekla i chłopiec, którego matka nie wiadomo dlaczego nie wyrobiła dokumentu wyjazdu. Matkę tego chłopca wyrugali [nawymyślali], że nie zrobiła dokumentów, a ja opowiedziałem o Tekli. Po dokonaniu rewizji w wagonach, podczas której było ciekawe zajście właśnie z tą roztrzepaną matką tego chłopca. Ona miała już paszport radziecki, więc chciała go schować (niewiadomo dlaczego?) dla siebie. Zaczęła chować w szczelinę wagonu, widząc to powiedziałem jej, że tam znajdą. Ona zaczęła wtykać w dziurę, w trzecie miejsce, gdzie też powiedziałem, że znajdą i wziąłem od niej ten paszport i położyłem do szuflady pod chleb, w stole, który stał tuż przy drzwiach wagonu. Do wagonu wpadli rewidenci i od razu zaczęli macać gdzie ona chciała schować, widząc to ze strachem spoglądała na mnie, widząc wyraźnie, że była pewna, że i w szufladzie znajdą. Ale tego nie zrobili.

I oto ostatnia chwila, wołam lejtnanta i pytam co ma być z Teklą, na co on grzecznie odpowiedział „zabieraj staruchu”, a tej matce chłopca wyrugał po łacinie ruskiej i też kazał zabierać chłopca do wagonu. Ja to z duszą na ramieniu czekałem, aż mnie wywołają i każą zostać, ale nic z tego i po kilku minutach przekroczyłem granicę i byłem w Polsce. Na stacji Kuźnica, do wagonu naszego weszło przywitać się paru żołnierzy i podchorąży. Żona, nie wiem skąd wyciągnęła litr spirytusu na malinach (czego przed wyjazdem srogo zakazałem) i częstowaliśmy polskich żołnierzyków, którzy odprowadzali nas jadąc z nami, aż do Białegostoku. W Białymstoku córka moja Halina, poleciała przez tory do dziadka, czyli mego teścia doktora Okręgu Kolejowego, Kowalskiego [Henryka] aby powiadomić o naszym przyjeździe. Miałem zamiar jechać do Torunia ale teść (z żoną) w szlafroczku i w kapciach przyleciał na dworzec i „kazał” dyżurnemu „kochasiu wagon tego franta (pokazał na mnie) odczepisz od transportu i postawisz pod rampę do wyładowania”. Tak jest Panie doktorze zrobi się. Widocznie doktorek nie jeden raz dawał mu „zwolnienie” chorobowe, bo istotnie, migiem odstawił nasz wagon na bocznicę pod rampę.

 

 

Rozdział 4. Budowniczy i nauczyciel - Elbląg

I oto w chwili przekroczenia granicy, w moim życiu, zaczyna się beznadziejna szara szarzyzna socjalistycznej rzeczywistości. Naturalnie musiałem rozglądnąć się za pracą, dlatego zostawiałem na razie rodzinkę u teściów, a sam powędrowałem w świat. Naturalnie tym „światem” były ziemie odzyskane. Zawitałem do Gdańska, gdzie spotkałem sporo kolegów i znajomków. Chętnie radzili, gdzie by się zaczepić. Czyniono różne propozycje m.in. jeden kolega dyrektor S.P.B. w Bydgoszczy [Społeczne Przedsiębiorstwo Budowlane Oddział Pomorski w Bydgoszczy] proponował pracę za siedemdziesiąt tysięcy (ówczesnych złotówek). Mnie jednak do Bydgoszczy nie ciągnęło, zresztą ja sobie ubzdurałem, że muszę być koniecznie architektem powiatowym, takim jakim byłem, no bo uważałem, że lepiej jest robić to co dobrze umiem. Może też były pobudki egoistyczno-materialne, bo uważałem, że w zniszczonym kraju kto jak kto, ale architekt się odkuje, robót nie zabraknie. Nie miałem więc trudności, aby spełnić swoje zamiary, koledzy w województwie Gdańskim zaproponowali do wyboru stanowisko architekta powiatowego w Malborku czy też w Elblągu. Wybrałem Elbląg, no bo i tam miałem dobrych znajomych i przyjaciół. Byłem bardzo ważnym, gdyż byłem jednocześnie architektem miejskim i powiatowym. Z czasem jak się zaczęło normalizować życie, musiałem zostać na terenie powiatu. Dostałem, więc nominację z pensją w „okrągłą” sumką siedmiu tysięcy (dziesięć razy mniej niż bym miał w Bydgoszczy). Roboty nie brakowało, na początku musiałem odbudować zniszczone przez zatopienie (depresja) Żuławy. Pośpieszna likwidacja zniszczeń wojennych w Krynicy Morskiej, w Tolkmicku i naturalnie w całym elbląskim powiecie.

 

ELBLĄG W XIX I PIERWSZEJ POŁOWIE XX WIEKU

opracował KAZIMIERZ ARBART - [fragment]

750 lat Elbląga Przewodnik po wystawie. Muzeum w Elblągu 1988 

Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

 

Urząd z powodu braku papieru, wydał decyzję na odwrocie druku poniemieckiego. 

Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz 

Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

Ul. Metalowców 29/31 w Elblągu - stan na 2013 r. Zdjęcie z www.google.pl/maps 

Archiwum Politechniki Gdańskiej 

Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

Z czasem, dodano mi obowiązki głównego inżyniera (dyrektor techniczny) w Powiatowym Przedsiębiorstwie Budowlanym i wykłady w liceum technicznym. Wychodziłem (wyjeżdżałem KDFem [Volkswagen Kübelwagen Typ 82: Samochód terenowy KdF Kübelwagen] z domu o godzinie 6.00 rano, a wracałem do domu o godzinie 23.00. 

Archiwum Politechniki Gdańskiej 

Archiwum Politechniki Gdańskiej 

Archiwum Politechniki Gdańskiej 

Archiwum Politechniki Gdańskiej 

Takie „pieklenie się” trwało do roku 1951, kiedy to musiałem z powodu lichego Żuławskiego klimatu, uciekać z Elbląga. Zachorował na gruźlicę syn, a ja nabawiłem się cholernego isjaszu [rwa kulszowa]. Naturalnie w całej Polsce było łatwo o pracę, o mieszkania, poza ziemią odzyskaną, było bardzo trudno, wówczas jeszcze mało gdzie budowano. Powędrowałem na razie bez rodziny do Warszawy, gdyż w Warszawie intensywnie budowano i tam liczyłem na jakie takie szanse.

 

 

Rozdział 4a. Budowa Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina w Warszawie 

Ministerstwo przydzieliło mnie do Biura Pełnomocnika Rządu do spraw budowy Pałacu Kultury i Nauki (PKiN), [od lipca 1953] gdzie pełnomocnikiem był ówczesny architekt miasta Warszawy inż. Sigalin, a Dyrektorem Biura był inż. Janczewski, który budował trasę i tunel wschodni [trasę W-Z Zachód]. Tu też wpadłem z deszczu pod rynnę, jako Kierownik Działu Technicznego musiałem dokładnie wiedzieć, gdzie jest dobrze, gdzie wyprzedzono harmonogram robót, lecz raczej tam gdzie są opóźnienia w wykonaniu. Harmonogram był opracowany bardzo precyzyjnie, zatwierdzony przez Cyrankiewicza [wicepremiera], musiał być, więc dokładnie, bez opóźnień wykonywany. Dyrektor Janczewski wymagał tej dokładności, aby przy najmniejszym opóźnieniu w robotach, natychmiast następowała skuteczna interwencja. W tym czasie w Warszawie wszystkie Biura Projektowe Warszawy pracowały na „rzecz” budowy PKiNu. Właściwie nie na samą budowę Pałacu, lecz na właściwe uzbrojenie terenu dookoła Pałacu. Terenem tym był czworobok zamknięty w ulicach: Marszałkowskiej, Alei Jerozolimskiej, Emilii Plater i Świętokrzyskiej. Wszystkie uzbrojenia podziemne, jak kanalizacja, wodociągi, kable wszelkiego rodzaju musiały być zbudowane zgodnie z instalacjami Pałacu. Nadziemnie urządzenia, jak sieć tramwajowa, omnibusowa, drogi (jeżdżalne), chodniki oraz „zadaszenie” nad tarasami dworca Wschodniego, musiały być dokładnie, terminowo wykonane i nawet najmniejsze opóźnienia, powodowały „przestoje” innych przedsiębiorstw. Musiałem, więc latać po Warszawie jak szalony, aby w czas meldować „najmniejsze” spóźnienia w robotach. Co dwa tygodnie musiałem latać po biurach całej Warszawy, aby określić procentowe zaawansowanie w wykonywaniu projektów na rzecz PKiNu, w celu wypłacenia awansem za pracę projektantom przed zakończeniem projektowania.

Polecam lekturę - z domowej biblioteczki stypendysty

Ze zbiorów Archiwum Państwowego w Warszawie

Ze zbiorów Archiwum Państwowego w Warszawie

Ze zbiorów Archiwum Państwowego w Warszawie

Ponadto, znajomość moja języka rosyjskiego przysporzyła mnie kłopotu, musiałem tłumaczyć opisy projektów rosyjskich na język polski, a więc i tu pracowałem po 12-16 godzin.

Ze zbiorów Archiwum Państwowego w Warszawie

Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

 

Rozdział 5. Praca zawodowa i pasje - Nowa Huta 

Pożegnałem więc PKiN, [w listopadzie 1954 roku] zresztą tam już nie było co robić, a mając kumpli w Ministerstwie Budownictwa, jedni już nawet zrobili mnie gwałtem Dyrektorem Biura Projektów Budownictwa Wiejskiego, gwałtem zawieźli mnie do biura, gdzie miałem objąć urzędowanie, ale tam postawiłem warunek, żeby niezwłocznie dostać mieszkanie. Żona alarmowała z Elbląga, że z synem (gruźlica) jest bardzo źle, że musi uciekać z Elbląga, więc mieszkanie już musiałem mieć. Kumple z Ministerstwa kazali mnie wybrać wypaloną willę, którą w krótkim czasie obiecali odbudować dla mnie. Nie zgodziłem się, nie mogłem, zresztą inni koledzy w Ministerstwie, koniecznie chcieli mnie wypchać do Krakowa, budować Nową Hutę. Zdecydowałem się i niezwłocznie z Dyrektorem O. Z. Budownictwa Miejskiego inż. Kowalem, który właśnie miał służbową delegację. Przyjechałem do Krakowa, Nowej Huty, gdzie on mnie przedstawił Dyrektorowi ówczesnego P.B.M. [Przedsiębiorstwa Budownictwa Miejskiego] Hallerowi.

 

Przedsiębiorstwo Budownictwa Miejskiego - Nowa Huta

Haller [inż Haller Konstanty] popatrzył na mnie i powiedział „dobrze inżynierze, ale mieszkanie po 3 miesiącach” [ostatecznie wprowadził się do upragnionego mieszkania pod adresem Osiedle Stalowe 8/4 dnia 3 grudnia 1955 roku] Zgodziłem się i oto jestem w Nowej Hucie od 3 XII 1954 r. [zatrudniony na stanowisku starszego inspektora technicznego]. Jestem, więc w Nowej Hucie przeszło 23 lata. Kariery nie zrobiłem, bo nie miałem na to predyspozycji i chęci. Chciałem po tak szumnym i urozmaiconym „życiorysie” nareszcie odpocząć. Owszem odpocząć odpocząłem, ale to mnie na dobre nie wyszło. Nie dbałem o awanse, nie dbałem o lepsze warunki materialne i oto wylądowałem na emeryturę żebraczą. Właśnie w roku 1968 łaskawie obliczono mnie emeryturę z tzw. „starego portfela” 1851 zł. Nie narzekałem, no bo za tą marną emeryturę jeszcze można było jako tako przeżyć. Dziś [w październiku 1977 roku] moja emerytura urosła, aż do 2178 zł, naturalnie po tej majowej wielce kapitalnej podwyżce. Smutne mam życie, bo za te 2178 zł dziś nie mogę kupić nawet połowę tego, co mogłem kupić w roku 1968 za 1851 zł. Ale ja sobie daję radę i jako tako żyję i się cieszę, że za te niedopłacone mnie złotóweczki, buduję się drugą Polskę i że szkoli się kosmonautów i kto wie może jeszcze mnie zaproszą, abym poleciał na księżyc, na Marsa, a może nawet na Wenus?! Na żarcie mam owszem, wystarcza na trochę kaszanki za 13 zł, trochę ziemniaczków i głodny nie jestem.

Buty noszę te same od roku 1968, na razie jeszcze trzymają się po kilku naprawach, może jeszcze dociągnę … może już następnych nie trzeba będzie. Spodnie jedne otrzymałem w prezencie od inż. Judy, a drugie kupiłem bardzo tanio na Tandecie, więc też może wystarczą, kurtkę podgumowaną dostałem od kolegi wędkarza Stasia (nazywam go „Kłusowniczkiem”). Miałem kłopot z bielizną osobistą i pościelową, wszystko się rozłazi i już nie ma co prać, ale nie tracę nadziei, że będę miał jeszcze koszulę, a i pościel też. Po kilku latach „bezrobocia” nareszcie dostałem prace na pół etatu, mam więc nadzieję, że po oszczędnym życiu uszyję sobie parę koszul – kupić gotowych nie mogę, dlatego, że z powodu tarczycy muszę mieć wymiar kołnierzyka 55, a takich w handlu nie ma. Trzeba szyć i dubeltowo za to płacić! Poza tym jak w tej piosence „wesołe jest życie staruszka”?! Raz do roku jest zebranie podobnych żebraków, gdzie się wypija szklankę herbaty z ciastkiem i dostaje się dla osłody życia nawet 500 zł. W styczniu tego roku byłem zaproszony do NOTu w Krakowie na zebranie „seniorów” i inżynierów miasta Krakowa. Było nas 59 osób, owszem było wino, kawa i „program rozrywkowy” dla seniorów. Właśnie na tym zebraniu seniorów dowiedziałem się, że nie jestem żebrakiem – jestem o kilka stopni niż żebrak, słowem jestem nędznym i żałosnym żebrakiem, dlaczego?! Zwyczajnie byli seniorzy z emeryturą w 8-10-12-15 i 18 tysięcy złotych, a inżynier Koc nie może sobie darować i nazywa siebie żebrakiem mając 7,750 zł?!?! Więc jak ja mam siebie nazwać mając, aż 2178 zł?!?!?!?!?!

Prawdę mówiąc to tej emerytury nie mam za wiele, ale mogę się cieszyć, że w Polsce nie jest tak źle i że emerytury nie są znowuż takie małe. W zeszłym roku odeszła na emeryturę sprzątaczka, ma 2600 zł. W tym roku przeszedł na emeryturę portier z KBMu, też dostał niewiele, ale osiągnął 2700 zł. Drugi portier miał dodatkową pracę, polewał grządki tuż przed gmachem dyrekcji i ma też iść na emeryturę i już sobie obliczył, że dostanie 3100zł. Wracając jeszcze do grona seniorów nie należy się dziwić, że mają tak skromnie emerytury w 8-10-12-15 i 18 tysięcy, owszem mają bez łaski, bowiem zarabiali po 12,15,18-20 i 25 tysięcy miesięcznie, a tyle zarabiali i słusznie, no bo tak wyceniono prace projektantów, a władze zatwierdziły takie stawki. Stawki dla inżynierów w Przedsiębiorstwach Budowlanych też były ustalone w 2,5-3 i 3,5 tysiąca złotych i naturalnie zatwierdzone przez władze. Te komisje, które ustalały i zatwierdzały stawki dla biur projektowych i dla Przedsiębiorstw Budowlanych, jakoś nie dostrzegali tych „maleńkich” różnić, gdzie m.in. technik w biurze projektów zarabiał 12 tysięcy, a projektant 20 i 25 tysięcy, zaś w Przedsiębiorstwie Budowlanym technik miał 2,5 tysięcy, a inżynier 2,5 do 3,5 tysięcy, czyli że +/- w dziesięć razy mniej niż stawki w biurze projektowym. Dziwi mnie, że w państwie socjalistycznym coś takiego wydarza się i jakoś nikt tego nie dostrzega i bodajże uważa, że właśnie tak ma być, tak się należy.

 

Szczęśliwe lata w Wilnie 

Dziś na starość często miewam od takie głupie refleksje. Jestem synem robotnika kolejowego i byłem też robotnikiem, pracowałem po pierwszej wojnie [światowej] jako robotnik. Na moje nieszczęście dostałem kompleksu wyższości, zachciało mi się „Pańskiego chleba”. Uczyłem się chociaż nie miałem na to warunków. Rodzicie niewiele mogli pomóc. Męczyłem się, głodowałem, ale chciałem dopiąć swego. W Wilnie nie mając nikogo, kto by mnie dopomógł, pracowałem i łaziłem w „kratkę” do szkoły technicznej. Mało miałem swojej biedy to na dodatek musiałem karmić i uczyć dwóch braci, którzy za czas wojny „przerośli” do gimnazjum, więc zrobili matury na kursach maturalnych. Taki kurs kosztował 50 zł miesięcznie, a za dwóch braci dwa razy tyle, czyli 100 zł, tyle co zarabiał urzędnik na poczcie stemplując listy. Ja naturalnie sobie i im miałem mieszkanie, musiałem ich karmić, zwykle starałem się dla nich zdobyć bony miesięczne do taniej kuchni dla biedaków w tzw. „Murach Franciszkańskich”, sam zaś byłem miesiącami głodny.

Na moje szczęście „Świat nie bez dobrych ludzi”, tak brzmi rosyjskie powiedzonko i właśnie ja trafiłem na dobrego człowieka, któremu ja zawdzięczam właściwie swoją „karierę”. W Wileńskim województwie, w Dyrekcji Robót Publicznych, był Inspektor do spraw przemysłowych. Sprawował nadzór nad zakładami przemysłowymi w województwie. Roboty miał sporo, bowiem po wojnie żaden zakład przemysłowy w terenie nie miał planów inwentaryzacyjnych, a budowano na „dziko”, bez przestrzegania obowiązujących norm i przepisów budowlanych. Warunki w takich budynkach były raczej anty behapowe. Inspektor kolejno odwiedzał takie zakłady i w wypadku niebezpiecznych, nieprawidłowości, kazał sporządzić plan inwentaryzacyjny i usunięcie niebezpiecznych nieprawidłowości. Właścicielami zakładów przemysłowych, jak tartaki, młyny parowe, motorowe czy wodne, huty szkła i inne, z reguły byli Żydzi. Inspektor naturalnie dawał moja wizytówkę i Żydek przychodził do mnie i zlecał mnie terminowe wykonanie planu inwentaryzacyjnego z poprawkami w zakładzie. Ja zamiast do szkoły jechałem do Żydka, tam robiłem szkice i pomiary, poczym opracowywałem całość. Żydek dobrze płacił, no bo ekstra terminowo, miał bowiem wyznaczony prekluzyjny termin [termin zawity, termin prekluzyjny - termin, po którego upływie nie można wykonać czynności prawnej]. To były bardzo ciekawe czasy. Niebawem po pierwszej wojnie [światowej] i tuż po odrodzeniu Polski, pieniędzmi były marki polskie. Pamiętam „tysiączki” były takie wielkie, jak Poleszuka łapcie w kolorze mocno fioletowym. Były w obiegu też ruble carskie papierowe liczone po 4 marki, były też i tzw. „Kiereński” 20 i 40 rubli [W 1917 r. Rząd tymczasowy wystawił bony skarbowe za 20 i 40 rubli, są znane jako „Kereński” lub „ Kiereński rubel”] wyglądały jak nalepki na butelki. Przeważnie nie były rozcięte i takie Kiereńskie widziało się często w sporych arkuszach. Były też i ruble carskie w złocie, pięciorublówki, 10 rublówki i imperiały 15 rubli. Dziś już nie pamiętam jak się przeliczało na marki, pamiętam jednak, że dość sporo było ich w obiegu. Były też i dolary i tez nie pamiętam jak przeliczano. W każdym razie ruble złote i dolary nie miały wówczas tak wysokiej ceny jak dziś, a było tego nie mało, skoro było tego sporo w obiegu. Były ciekawe perypetie z banknotami rosyjskimi, Kiereńskimi, no i polskimi markami. Żydzi wymyślili pewien rygor dla banknotów. Pełna wartość banknotów była wówczas, gdy banknot był całkiem nowy, bez znaków zagięć czy broń boże dziurek, tak małych jak po ukłuciu igłą. Banknot trochę nie nowy czy z dziurkami tracił swoją wartość nominalną, a określali tę wartość ci, którzy przyjmowali jako zapłatę, czyli że Żydzi, oni bowiem cały handel mieli w swoim ręku. Żyd przyjmując za coś zapłatę, podnosił banknot pod słońce i dokładnie sprawdzał czy nie ma dziurek?! Dziurki zawsze „musiały” być, bo on w daszku od czapki miał nieznacznie sadzoną igłę czy szpilkę ostrzem na zewnątrz i podglądając banknot przekłuwał tą igłą, poczym zaczynał rugać tego, kto mu dał taki dziurawy banknot i wręcz nie chał go przyjąć, jako że dziurawy. „Klient” zaczynał prosić, błagać, aby „kupiec” zechciał łaskawie przyjąć i po dłuższym certowaniu się „kupiec” zgadzał się przyjąć, ale po pewnej zniżce wartości. To nie jest bajka, to jest czytelna prawda wzięta z życia tamtych czasów. Na szczęście to niedługo trwało. Emitowano wreszcie zamiast marek złotówki. Dolary zaś i ruble złote będące w obiegu, szybko „zginęły” w żydowskich kieszeniach. Wracając jeszcze do moich spraw materialnych, muszę wyjaśnić, że z czasem, kiedy nastawała systematyczna dewaluacja marek, nikt nie chciał przyjmować marek, doszło bowiem do tego, że pudełko zapałek kosztowało kilka tysięcy marek.

Naturalnie ja też nie mogłem pracować za marki, brałem w rublach złotych czy w dolarach. Sporządzenie planu inwentaryzacyjnego z poprawkami, powiedzmy za tartak o dwu gatrach [pilarka ramowa, trak ramowy, gater - maszyna stosowana w tartakach w celu przecierania drewna okrągłego na tarcicę] dostawałem 100 rubli złotem, 20 pięciorublówek, albo 10 dzisięciorublówek. Zwykle 10 rubli w złocie „odpalałem” dla kolegi, który jechał ze mną aby potrzymać za koniec ruletki przy dokonywaniu pomiarów. Mogłem tego nie robić, no bo Żydek mógł mnie kogoś przydzielić do pomocy, ale ja byłem „ważny” no i hojny i nie tyle moi koledzy, jak ich matki podziwiały mnie, że jestem tak obrotnym i że o całe niebo przewyższam ich synalków i zarabiam już aż tyle i to w złocie. Czasem dostawałem w dolarach i też po sto dolarów, niezależnie od kursu. Nie wiem dokładnie jaki jest kurs (cena) złota, ale jestem pewny, że każdy z nas inżynierów chętnie wykonałby plan dla Żydka, nie za sto ale za 10 rubli, czyli że za jedną dziesięciorublówkę w złocie. Niestety, rubelków nie ma, wszystkie carskie złote rubelki „pojechały” do Izraela, gdzie za te rubelki kupuje się „Fantomy” i chociaż płaci się rubelkami a mimo to te rubelki dalej są „rodzime”, no bo Chaim Dajaw jest bliskim krewnym Rockeffelera. Ale dość o tych rublach, wracam do mojej „biedy” chociaż jak z powyższego wynika, to moja „bieda” była łagodna tymi rubelkami, czy dolarami. Ciężko mnie było i z tymi rublami czy dolarami, ale wreszcie skończyłem szkołę techniczną i od razu „stanąłem na nogi”. Jeszcze nie skończyłem ostatecznych egzaminów, kiedy do dyrektora szkoły przyszedł dyrektor Dyrekcji Robót Publicznych. Wezwano mnie do dyrektora, który „palnął” przedziwną mowę, że a jakże, że czynię honor dla szkoły, bo mnie chcą od razu zabrać do roboty do budowy Warsztatów Mechanicznych przy szkole jaką ukończyłem – czy się zgadzam?!

Naturalnie zgodziłem się, no bo rzeczywiście dobrze się „zaczęło”. Dyrektor mnie wybrał nie dlatego, że podobno byłem „przystojniakiem”, a dlatego, że mnie dobrze poznał na praktykach wakacyjnych, kiedy to już wówczas wykonywałem solidne prace między innymi byłem członkiem Komisji Kolaudacyjnej odnośnie przyjęć wybudowanych strażnic KOPu na pograniczu polsko-rosyjskim i jednocześnie wykonywałem prace sekretarza technicznego tej komisji. Taka komisja przez całe lato jechała od strażnicy do strażnicy czyniąc prace kolaudacyjne,  po załatwieniu w terenie, jeszcze przez przeszło rok „rozliczano” przedsiębiorstwa, które budowały te strażnice. Całe te „rozliczenia” musiałem ja dokonać, mając pod „sobą” maszynistkę, a nad „sobą” szefa Przewodniczącego Komisji Kolaudacyjnej inż. Pietraszewskiego, wysokiego, łysego, starego kawalera, strasznego żmindę [dusigrosza] i bardzo porządnego człowieka, wielce surowego ale o gołębim sercu. Jego brat był dyrektorem NIKu a obaj oni byli kolegami wojewody Raczkiewicza, który też był i prezydentem.

Mój szef właśnie pan Pietraszewski, kiedy mnie przyjmował do pracy, a byłem w kolei siedemnastym, bo szesnastu nie wytrzymało i uciekło. Spytał mnie, co ja umiem i od razu sam sobie odpowiedział, że ja na pewno nic nie umiem i dalej zapytał, po co ja się pcham do pracy? Odpowiedziałem mu, że ja chcę i muszę pracować. Popatrzył na mnie uważnie i powiedział „a no zobaczymy”. Od razu dał mnie teczkę, igłę i nici, aby wszyć do teczki akta. Naturalnie wówczas nie było segregatorów i akta do teczki wszywało się igłą. Zapytał czy umiem, ja chociaż umiałem, ale powiedziałem, że nie. Widzę, że z pana będą ludzie, że przynajmniej nie umie pan kłamać i zaczął mnie uczyć jak wszywać. Po tym podsunął mnie parę spraw, na które musiałem zredagować odpowiedzi. Napisałem – on przeczytał, powłóczyście na mnie spojrzał i nie mówiąc podsunął mnie pękatą teczkę ze sprawami do załatwienia. Zostałem więc tym siedemnastym a prace jakie wykonywałem, to było „preludium” przygotowawcze do Komisji Kolaudacyjnej w jakiej uczestniczyłem. Byłem zdolnym i pracowitym, kiedy mój szef inż. Pietraszewski wyjechał do Warszawy w delegację na czas dłuższy – zastawił mnie samego z sekretarką i ja musiałem „rozliczać” przedsiębiorców i szykować akta do podpisywania przez szefa, który od czasu do czasu przyjeżdżał.

Historia budowy strażnic dla KOPu i wspomnienia wyżej z Komisji Kolaudacyjnej, miały dość ciekawe epizody, należałoby i o tym  dokładniej napisać.         

Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

             Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

        Archiwum Barbary Tatarynowicz, skan Jerzy Karnasiewicz

Źródło "Nowa Huta Okruchy Życia i Meandry Historii"  Jerzy Aleksander Karnasiewicz, TSP 2003 r.